W ciągu kolejnych kilku dni wieża Gryffindoru jakby opustoszała. Większość uczniów swój wolny czas poświęcała na pakowanie rzeczy, które potrzebne będą im w domach. Tylko nieliczni przemykali przez pokój wspólny w poszukiwaniu zaginionej własności.
Syriusz siedział tam przy kominku z Remusem, starając się skreślić kilka zdań do ojca. Po krótkim wahaniu stwierdził, że Orionowi Blackowi należy się kilka słów wyjaśnienia, dlaczego jego pierworodny syn nie zaszczyci rodziny swoją obecnością podczas bożonarodzeniowego obiadu. W końcu przez ostatnie tygodnie wakacji był dla niego całkiem miły. Nie mógł jednak napisać prawdy. Gdyby przyznał, że nie ma najmniejszej ochoty na branie udziału w sztucznej, rodzinnej fecie, podczas której na pewno znów dojdzie do jakiejś awantury, gdy etykieta pójdzie na bok po wypiciu "odrobiny" miodu, mógłby nie dostać kieszonkowego. A galeony na drobne wydatki są bardzo ważną rzeczą w życiu młodego czarodzieja.
- Potrzebna mi klatka Persefony - na dole pojawił się James. Okulary miał przekrzywione, włosy rozczochrane, a przerzucony przez ramię krawat w barwach Gryffindoru smętnie zwisał. Już na pierwszy rzut oka było widać, że przyjaciel jest w ferworze przygotowań do wyjazdu.
- Po co ci? - zdziwił się Syriusz. - Chyba nie chcesz wepchnąć do niej tego swojego Gacka.
- Gacek nie jest stworzony do zamykania go w klatce - oburzył się James. - Za to sowy Aurory tak. Chyba, że wcześniej uwędzę je na ruszcie.
- Ano tak - mruknął Syriusz. Po nieudanej akcji z łapaniem kotki ptaszyska musiały zostać. - Jak chcesz to sobie weź. Persefonie nie będzie potrzebna.
- Świetnie. W takim razie idź na górę ją wyczyścić.
Gdyby Syriusz miał do zrobienia coś ciekawszego, niż napisanie listu do ojca, z pewnością powiedziałby Jamesowi, żeby sam to zrobił, skoro tak bardzo mu na tym zależy. Teraz jednak zostawił wszystko tak jak stało i powlókł się do dormitorium. Jego skromnym zdaniem, klatki w ogóle nie trzeba było sprzątać. Persefona od dawna w niej nie mieszkała. Większość czasu spędzała w sowiarni. Dla świętego spokoju przetarł jednak szczebelki szmatką - żeby James widział, że coś robi i podał mu ją z oschłym "masz". Przyjaciel zmierzył go ponurym spojrzeniem, ale powstrzymał się od komentarza.
Napisanie listu do Oriona Blacka okazało się być dziecinną igraszką w porównaniu z tym, przez co Syriuszowi przyszło przejść, aby go wysłać. Kiedy wieczorem wyciągnął Jamesa do sowiarni, Persefona zupełnie go zignorowała. Najpierw starał się sobie przypomnieć, czy nie zrobił przypadkiem czegoś, o co sowa mogłaby się na niego obrazić. Poza tym, że od dawna nie zadał sobie trudu, aby ją osobiście nakarmić, nic nie przychodziło mu do głowy. Potem zaczął podejrzewać, że ptak po prostu zapomniał, że to on jest jej właścicielem.
- Na nic nasze wysiłki, szanowny kolego - oznajmił James, gdy spadli z jednej z niższych drabin, podczas próby dostania się do sowy. Dłonie im już skostniały, a na policzkach od mrozu pojawiły się rumieńce. - Tutaj potrzeba specjalnych kwalifikacji.
I wybiegł z sowi arni, ślizgając się na ptasich odchodach. Przez myśl Syriuszowi przemknęło, że skoro Filch tak dba o porządek w szkole, mógłby posprzątać również tutaj. Mroźny wiatr wpadał do okrągłego, pozbawionego okien pomieszczenia i chłopiec pomału zaczynał żałować, że nie założył rękawic ze smoczej skóry. Wtedy wrócił James, a za nim, pospiesznie wiążąc szkarłatny szalik, podążała Aurora Sinistra.
- Tam jest - młody Potter wskazał kuzynce Persefonę.
Nie musiał tego robić. Gdy tylko sowa ją zobaczyła, sfrunęła z najwyższego drążka i usiadła na jej wyciągniętej ręce, gotowa by jej usłużyć. Dziewczyna pogładziła ją przyjaźnie po główce.
- I tylko o to tyle zamieszania? - zapytała.
Chłodnym spojrzeniem brązowych oczu mierzyła Syriusza, gdy ten przywiązywał do nóżki sowy list do ojca. Persefona nawet nie protestowała. Aurora poczęstowała ją wyciągniętym z kieszeni przysmkiem dla sów i ptaszysko wyleciało przez okno w podróż do Hodowli Blacków.
- To wszystko? - zapytała panna Sinistra.
Syriusz skinął głową.
- W takim razie wracam do pakowania - odpowiedziała. - Jeszcze nie zdecydowałam, które książki powinnam zabrać. - Spojrzała wymownie na kuzyna.
- Zabierasz podręczniki? - upewnił się James.
- Tak - odparła bardzo spokojnie. - Do zobaczenia jutro w pokoju wspólnym.
Wyszła z sowiarni, a wtedy Syriusza coś natchnęło. Wystarczało mu, że uważała go za zarozumiałego palanta, za nic nie chciał żeby miała go również za nieokrzesanego trolla. Wybiegł za nią na schody:
- Dziękuję - zawołał i omal nie przywalił głową w kamienny murek, gdy poślizgnął się przy wyjściu.
Aurora odwróciła się i... naprawdę się do niego uśmiechnęła. Wyglądało jednak, że jest w pełnym szoku. Zmieszana szybko zeszła na dół i zniknęła za dębowymi, skrzypiącymi drzwiami prowadzącymi do zamku.
- No ładnie - podsumował całe zajście James. Wyglądał na tak samo zaskoczonego jak jego kuzynka. - W każdym razie, jeśli ona zabiera podręczniki - ja nie muszę nic brać. Na Boże Narodzenie jedziemy do Llangefni do jej rodziców. Mamy cały wieczór wolny.
Po dotarciu do wieży Gryffindoru nie zostało go wcale tak dużo. A Syriusz przypomniał sobie dlaczego tak bardzo nie lubi pakowania. Peter zgubił swój teleskop, a że nie wyobrażał sobie powrotu do domu bez niego, kilka godzin zajęło im przeszukanie całego dormitorium pokoju wspólnego. Przy okazji Syriusz znalazł swoje skarpetki z proporczykiem Chlub z Portree, o których już dawno zapomniał i bardzo szybko musiał je ukryć przed Jamesem. Peter z dna swojego kufra wyjął kilka orzeszków, które teraz starał się skonsumować Gacek. Rzecz jasna James zupełnie nie przejmował się nieodpowiednim zachowaniem swojego nietoperza.
- Żebym tylko nie zapomniał go jutro zabrać - mruknął.
- Przypomnę ci - powiedział szybko Syriusz. - Ma dosyć jego latania pod sufitem w nocy. Nigdy nie wiem czy nie narobi mi na głowę. Przynajmniej przez święta będę mógł spać spokojnie.
Dotknięty tym do żywego James zarządził "porę snu". Zwykle w piątki siedzieli do późnej nocy, opowiadając dziwaczne historie. Tym razem młody Potter stwierdził, że on i Peter muszą się wyspać, bo pociąg do Londynu odjeżdża następnego dnia już o dziesiątej, a co za tym idzie, muszą wcześnie wstać. Zapewne miało to coś wspólnego z jego niedoszłym spóźnieniem na pociąg do Hogwartu pierwszego września. Pettigrew po długich namowach zgodził się na zgaszenie światła dopiero po tym jak Remus złożył solenną obietnicę, że zaraz z samego rana pójdzie z nim do profesora Claviusa, aby sprawdzić czy teleskop nie został na wieży astronomicznej.
Następnego dnia Syriusz stał z Lupinem w pokoju wspólnym. Właśnie pożegnali Jamesa i Petera. Teraz obserwowali kolejnych, mniej lub bardziej obładowanych Gryfonów, zmierzających w kierunku portretu Grubej Damy. Wszyscy uśmiechnięci, weseli, cieszący się na rychłe spotkanie z rodziną. Ciągnęli kufry, nieśli plecaki, klatki z sowami i kosze z kotami. Syriusz nie żałował, że zostaje. Wręcz przeciwnie, rozpierał go entuzjazm. Boże Narodzenie z dala od sztucznej, pseudorodzinnej atmosfery i stałego zagrożenia ze strony matki było tym, o czym marzył odkąd zaczął cokolwiek rozumieć. Nie zapytał też Remusa dlaczego postanowił spędzić święta w Hogwarcie. Cieszył się, że będzie miał towarzystwo, choć zachowanie kolegi było dziwne, bo czy prawie co miesiąc nie jeździł do domu, aby spotkać się z babcią? Nie chciał też myśleć o ojcu, który we wrześniu prosił go, aby przyjechał w grudniu do domu. W końcu Orion Black był dorosłym mężczyzną i sam powinien dawać sobie radę ze swoimi błędami, klęskami, czy jak tam chciał to określić.
Syriusz wiedział też, choć mało go to obchodziło, że poza nim i Remusem, z jego roku na święta zostają też Dorcas Meadowes, która chciała mieć pewność, że w tym roku zobaczy śnieg i oczywiście Mortycja. Ta ostatnia napawała go największym pesymizmem. Od pewnego czasu niezwykle denerwowała go nadmierną pewnością siebie i traktowaniem zamku jak swojej własności.
Ferie okazały się być dla Syriusza doskonałą okazją do lepszego poznania zamku. Korytarze wprost zachęcały do wędrówek. Nauczyciele większość czasu spędzali w swoich gabinetach, a Filch był niezwykle zajęty znalezieniem winnych powieszenia bombek w kształcie trupich czaszek na choinkach w Wielkiej Sali. Jak na razie wszelkie podejrzenia padały na braci Lestrange’ów.
- Myślałby kto, że takie rzeczy mogliby robić w swoim pokoju wspólnym. - Syriusz aż podskoczył na dźwięk głosu Mortycji tuż przy swoim uchu, kiedy wraz z Remusem pofatygował się na dół, aby podziwiać efekt pracy Ślizgonów.
- Chyba powinniśmy już iść - powiedział do Lupina, zupełnie ignorując tę uwagę, choć trochę racji w niej było. - Znajdziemy jakiegoś ducha czy coś...
Szara Dama, która właśnie miała wejść do Wielkiej Sali zrobiła w tył zwrot i oddaliła się w przeciwnym kierunku.
- Na twoim miejscu tak bym się nie spieszyła - zatrzymała go Mortycja. - Zdaje się, że szuka cię Raqulea. Potrzebuje pomocy przy zadaniu z transmutacji.
- Tym bardziej powinienem sobie stąd pójść.
Ale było już za późno. Panna Lestrange zjawiła się przy wyjściu z lochów i z góry na dół zmierzyła go chłodnym spojrzeniem.
- Unikasz mnie - oznajmiła.
- Wcale nie - zaprzeczył automatycznie Syriusz, przeklinając w myślach dzień wesela Bellatrix.
- No to chodźmy - powiedziała władczym tonem Raquela.
Z dwojga złego, Syriusz wybrał jej towarzystwo. Wyraz złośliwej satysfakcji na twarzy Mortycji wcale mu się nie podobał. Pociągnął za sobą Remusa i ruszył w górę marmurowymi schodami właśnie wyczyszczonymi przez Filcha. Jeśli miał sobie poradzić z tą dziewczyną, potrzebował wsparcia kolegi.
- A twoje damy dworu gdzie? - zapytał Syriusz, mając nadzieję, że Raquela się obrazi i da mu szybko spokój.
- Pojechały do domu - odparła, nie pytając nawet o kogo mu chodzi. Pewne nie tylko on tak nazywał młode Malfoyówny.
- A ty dlaczego zostałaś?
- Tatuś twierdzi, ze to doskonała okazja, abyśmy się lepiej poznali.
- A ja myślę, że po prostu chce się was pozbyć na dłużej z domu - warknął Syriusz.
Raquela tylko wzruszyła ramionami, jakby mało ją to obchodziło.
Biblioteka była niemal całkowicie wyludniona. Syriusz i tak wybrał stolik w jej dalekim końcu, ukryty częściowo za obładowanym zakurzonymi tomiszczami regale z działu historii magii. Pomimo tego, ze w całym Hogwarcie przez świętami życie jakby zamarło, wolał zachować dodatkowe środki ostrożności, aby nikt nie zobaczył go przypadkiem z jakaś tam Ślizgonką. Tymczasem wszystko wskazywało na to, ze Remus i Raquela dogadują się świetnie. Nie wiedzieć kiedy z dyskusji o artykule z "Transmutacji Współczesnej", który Syriusza niewiele obchodził, przeszli do rozmowy o swojej wspólnej znajomej, Orli Violentieri, która podobno była sąsiadką Remusa. Raquela twierdziła, że ona i Cassidy Levieaux zupełnie ignorują resztę Ślizgonów, uważając, że w tym domu są tylko przez przypadek i niczego poza własnym towarzystwem do szczęścia im nie potrzeba.
Młodego Blacka pomału zaczynało irytować to, ze znajduje się poza ich kręgiem zainteresowania. Przysięgał sobie jednak w duchu, że nie powie nic Jamesowi o nagłej zażyłości tej dwójki. Obawiał się, że Potter mógłby nie być tak tolerancyjny jak on. Swoją drogą, przy najbliższej okazji i tak zasadzi za to Remusowi sowitego kopniaka. Z drugiej strony, powinien mu być wdzięczny, że odciągnął od niego uwagę Raqueli.
W końcu szepty za regałem zaczęły przeszkadzać bibliotekarce. Pojawiła się tuż obok nich z bardzo niezadowoloną miną. Syriuszowi zawsze przypominała przerośniętą kocicę. Czarne włosy i zielone oczy za okularami w rogowych oprawkach potęgowały to wrażenie. Teraz wyglądała tak, jakby zaraz miała wysunąć pazury i rzucić się na nich z głośnym MIAUUU... Syriusz natychmiast odwrócił się i ściągnął z półki pierwszą książkę, jaka trafiła mu w ręce. Jeśli bibliotekarka ma się na kimś wyżywać, lepiej niech zajmie się tamtą dwójką.
Jak to bywa z książkami o powstaniach goblinów, ta również nie była ciekawa. Podczas, gdy Remus i Raquela wyszukiwali informacji o procesie transmutacji złożonej materii nieożywionej, Syriusz wertował kolejne stronice. Niezbyt wciągająca fabuła, trudne do rozszyfrowania litery i kiepskie ilustracje. Był bliski odłożenia jej na półkę, gdy po przewróceniu kolejnej karty coś go w końcu zainteresowało. Mała, czarno-biała książeczka, wetknięta między stronice, zapewne przez nierozgarniętego i zapominalskiego ucznia Hufflepuffu, z mugolskim motorem na okładce. "Instrukcja obsługi" głosiły toporne litery na okładce. Syriusz przypomniał sobie tych wszystkich mugolskich chłopców na motorach z łatwością wciskających się między samochody na zatłoczonych ulicach Londynu. Ciekawe. Ależ by się matka wściekała, gdyby powiedział, że też chce mieć coś takiego.
Teraz już z zainteresowaniem zaczął wczytywać się w każde słowo o prędkościomierzu, silniku, ogólnej konstrukcji, stacyjce...
- Wiecie, że motory mają taki wlew paliwa? Żeby jeździły trzeba wlać benzynę do... baku... - Zajrzał do instrukcji, aby upewnić się, że dobrze zapamiętał nazwę. - To dopiero jest technika! I po co czarodziejom miotły?!
Raquela spojrzała na niego jakby widziała go pierwszy raz w życiu:
- A czy te całe twoje motory potrafią latać? - zapytała.
- No... nie... - wyjąkał Syriusz. - ale...
- I widzisz - zatriumfowała dziewczyna. - Oto najlepszy dowód na wyższość miotły nad motocyklem. Możemy już iść.
„Latających motocykli jej się zachciało!” pomyślał ze złością Syriusz. Ale sekundę później wywołało to w nim zgoła odmienne emocje. „Właściwie, dlaczego nie? Skoro, jak zawsze podkreślała Mortycja, w niektórych państwach lata się na dywanach...” Zanim wyszedł z biblioteki zgarnął instrukcję do kieszeni. W końcu książeczka nie należała do biblioteki, została tutaj tylko zgubiona, więc nie była to kradzież.
Podczas kolacji pierwszoroczniacy mogli przekonać się jak niewielu uczniów zostaje na święta w Hogwarcie. Przy każdym ze stołów siedziała tylko garstka uczniów, co sprawiało, że w Wielkiej Sali było nieprzyjemnie cicho. Natomiast wyglądało na to, że zostali wszyscy profesorowie. Sądząc po charakterach większości z nich, ze szczególnym uwzględnieniem profesor Lanpori, która w tej chwili dźgała stek z taką zaciekłością, jakby zrobił wielką krzywdę jej wilkowi, nie mieli do kogo wracać. I chyba nie byli tym zachwyceni.
Jedynymi osobami, które można było uznać za w miarę zadowolone z życia byli profesorowie Slopper i Keetleburn. Horacy Slughorn czytał bardzo długi list i minę miał coraz bardziej poważną. O dziwo, dyrektor też wyglądał na zmęczonego i przybitego. Za to profesor McGonagall była wyraźnie wściekła. Usta miała tak ściśnięte, że warg prawie nie było widać, a brwi tworzyły jedną linię.
Mortycja wpadła do Wielkiej Sali jak burza. Rzuciła na blat stołu kilka grubych tomiszczy z takim impetem, że zastawa obok podskoczyła. Zapewne to ona była przyczyną złego humoru McGonagall i widocznie jej też coś się nie podobało.
Syriusz przyjrzał się uważniej przyniesionym przez nią książką, w pokoju wspólnym i tak miała ich już pełno: "Monolog wampira", "Wstydliwe sekrety znanych czarodziejów" oraz "Mortus i Mortycja".
- Po co czytasz te głupoty?
- Nie jestem taką ignorantką jak ty - warknęła. Chyba pierwszy raz w życiu była niezbyt skora do rozmowy.
- Najlepiej od razu zamieszkaj w bibliotece - mruknął Syriusz.
Nie zdążyła mu odpowiedzieć, bo do Wielkiej Sali wleciała sowa. Młody Black natychmiast rozpoznał w niej Iris, należącą do jego matki. Wylądowała tuż przed nim, upuściła list, złapała grzankę i schowała się z nią pod stół. Syriusz spojrzał na czerwoną, pulsującą kopertę. Niemal podskoczył z radości.
- Nooo... W końcu jakaś rozrywka - powiedział rozpromieniony do Remusa i dodał nieco głośniej: - Panie i panowie, przygotujcie się na kolejny występ pani Walburgi Black.
Złamał pieczęć, otworzył kopertę i...
- SYRIUSZU BLACK! TY NIEDOJEDZONA PRZEZ BAHANKI KOTARO!...
Wielką Salę wypełnił czarujący głos jego matki. Syriusz wybuchnął niekontrolowanym śmiechem. Dalej wywrzaskiwała coś o hańbie, szarganiu nazwiska, obowiązkach wobec rodziny i stwarzaniu pozorów. Mocno urozmaicając treść siarczystymi epitetami. Wyjec, rzecz jasna, nie zrobił na Syriuszu wrażenia. Pomału zaczynał przypuszczać, że jego matka jest niespełna rozumu. Prawdopodobnie do tej pory nikt nie zwrócił większej uwagi na to, że jakiś tam mały Black został na święta w Hogwarcie. Teraz wszyscy o tym wiedzieli i usłyszeli jaki to wstyd dla rodziny. I bardzo dobrze!
Do Bożego Narodzenia zostały jeszcze cztery dni. Syriusz z niecierpliwością wyczekiwał świątecznego poranka. Poza niezwykle cieszącym go wyjcem od matki, spodziewał się dostać jakiś porządny prezent od wuja Alpharda, swojego ojca chrzestnego. Nawet odesłał już do niego Iris z listą rzeczy, które bardzo by mu się przydały podczas kolejnych miesięcy w Hogwarcie, zaczynającą się od łajnobomb, a kończącą na Sztucznych Ogniach Doktora Filibustera. Teraz pozostało mu już tylko włóczyć się z Remusem po zamku i unikać spotkania z niepożądanymi osobami. Wbrew pozorom, głownie z Filchem, który nawet teraz oddawała się swojej ulubionej rozrywce, a mianowicie, uprzykrzaniu życia uczniom. Przebywanie w pokoju wspólnym odpadało, bo niepodzielnie królowała tam Mortycja zajęta swoją "pracą naukową".
W wigilię Syriusz i Remus odkryli coś bardzo ciekawego. Podczas ucieczki przed panią Norris (po wyjęciu klamki ze schowka na środki czystości woźnego), trafili na tunel za zbroją na trzecim piętrze. Zanim jednak zdążyli go dokładniej zbadać, znikąd pojawiła się profesor Lanpori, dziwnie rozdrażniona. Zwyzywała ich dając upust swojej złości i kazała się im wynosić. W tej chwili Syriusz nie mógł sobie przypomnieć co takiego mówiła o panowaniu na emocjami. W każdym razie, natychmiast wzięli nogi za pas w obawie, że coś tak prozaicznego jak Boże Narodzenie nie przeszkodzi jej we wlepieniu im szlabanu i... odjęciu jakiegoś tysiąca punktów Gryffindorowi.
Przebiegając przez ducha, który wyłonił się zza rogu wybiegli na szkolne błonia. W siarczystym mrozie i śniegu po kolana rozegrali fantastyczną bitwę na śnieżki. Syriusz miał nadzieję, że przynajmniej jedna z nich "przypadkiem" trafiła przechodzącego w pobliżu Smarkerusa.
Do wieży Gryffindoru wrócili dopiero, gdy trudno było odróżnić plecy kolegi od postawionego przez kogoś na środku błoni bałwana. Przemarznięci, mokrzy i zupełnie wykończeni, ale w fantastycznych nastrojach powlekli się do dormitorium i nawet nie zawracając sobie głowy tak prostą czynnością jak kąpiel, opadli na łóżka niemal bez ducha.
Nazajutrz Syriusz jeszcze smaczne chrapał, gdy ktoś zerwał z niego kołdrę.
- Wstawaj! Prezenty! - usłyszał podekscytowany głos Lupina.
Trochę go to zaskoczyło. Remus, ten spokojny Remus, wydzierający się jak James?! Dopiero później dotarł do niego sens jego słów.
- I dopiero teraz mi o tym mówisz? - wykrzyknął, zrywając się z łóżka. - No i gdzie one są?
Jedyną nowością w ich dormitorium była Persefona siedząca u wezgłowia jego łóżka i wytrzeszczająca na niego żółtobrązowe ślepia.
- Na dole - odparł Remus. - Mortycja twierdzi, że na pewno Dumbledore zarządził, aby je tam położono.
- A więc i ona już tam jest... - mruknął pod nosem.
Założył ciemnozielony szlafrok i wyszedł z dormitorium, przysięgając sobie w duchu, że nie pozwoli, aby ktokolwiek zepsuł mu ten wyjątkowy, zimowy dzień.









