Muszę się Wam przyznać, że wzięłam na siebie trochę za dużo i nie wiem jak się z tym wszystkim wyrobić. Chyba będę musiała zrezygnować z pisania jakieś FF (przynajmniej na jakiś czas). Dlatego jeśli ktokolwiek czyta opowiadanie o Syriuszu, bardzo proszę, żeby tym razem odmeldował się w komentarzu pod wpisem. Chcę zrezygnować z pisania opowiadania, które czyta najmniej osób.
-------------------------------------------------
Syriusz stał oszołomiony i przyglądał się jak magomedycy układają jego matkę na noszach. Wszędzie wokół leżały szczątki nowej miotły Oriona Blacka Wśród tłumu mugolskich gapiów biegali zaaferowani amnezjatorzy z Czarodziejskiego Pogotowia Ratunkowego modyfikując im pamięć, tak, aby nie pamiętalu tego incydentu. Ojciec mocno przytrzymywał wyrywającego się Regulusa, raz po raz odgrażając się, że jeśli ten nie przestanie wierzgać nogami rzuci na niego zaklęcie oszałamiające.
Dni jakie nastąpiły po wypadku pani Black w późniejszych latach Syriusz wspominał jako najszczęśliwsze przeżyte w rodzinnym domu. Matka z powodu doznanych obrażeń na dłuższy czas musiała zostać na oddziale wypadków przedmiotowych Kliniki Magicznych Chorób i Urazów Świętego Munga, a pełną opiekę nad synami przejął Orion Black. O ile na początku z wyraźnym trudem łączył zajmowanie się chłopcami z innymi swoimi obowiązkami, po kilku dniach szło mu to już znacznie lepiej.
Synowie zaczęli towarzyszyć panu Blackowi w każdym miejscu, do którego musiał się udać. W końcu nawet ojciec przyznał, że sam nie wie dlaczego wcześniej ich ze sobą nie zabierał. Do Syriusza za to dotarło, że chyba po raz pierwszy w życiu jest szczęśliwy (nie licząc krótkich wakacji u babci Melanii - matki ojca).
Już następnego dnia po wypadku żony, Orion Black kazał Stworkowi obudzić synów o godzinie dziesiątej, a gdy chłopcy się ubrali i zjedli obfite śniadanie, zabrał ich ze sobą do pracy.
Pan Black od czasu utracenia zmysłów przez jego ojca zarządzał jedną z najpopularniejszych na świecie hodowlą skrzydlatych koni, którą w tysiąc siedemsetnym roku założył jego przodek - Lord Stodda de Wilhers.
Syriusz, choć dobrze wiedział skąd bierze się majątek ojca, nigdy nie był z nim w pracy - zawsze zostawał pod opieką matki, która "pegazów" nie znosiła. Także abraksany, niezwykle silne, ogromne skrzydlate konie maści palomino, chlubę hodowli i najbardziej fascynujące dla Syriusza stworzenia, chłopiec widział tylko na przynoszonych przez ojca fotografiach. W rzeczywistości abraksany okazały się być jeszcze piękniejsze, a i hodowla dużo okazalsza niż to sobie wyobrażał przeglądając zdjęcia.
Ogromne stajnie z białego marmuru zdobione pastelowymi niebieskimi, różowymi i jasnozielonymi ornamentami z pewnością zajmowały obszar kilkudziesięciu hektarów. W samym środku znajdował się wybieg dla granianów, wyjątkowo szybkich koni, których większość pochodzących z hodowli Oriona Blacka zdobywała złote medale na całym świecie. Czarodzieje ubrani w stroje dżokejów ujeżdżali tam akurat myszowate źrebięta. Tuż obok młode abraksany trenowały swoje pierwsze loty.
- Uważaj - zaśmiał się pan Black ściągając ze szczebla ogrodzenia Regulusa, który wszedł na nie, aby nachylić się nad wiszącym na nim drewnianym wiadrze z jakąś parującą substancją. - Nasze abraksany piją tylko niemieszaną whisky. Łatwo się upić samymi oparami.
Ojciec postawił Regulusa na ziemi, a ten lekko się zachwiał i złapał ogrodzenia.
- No właśnie to miałem na myśli - mruknął pan Black i uśmiechnął się do Syriusza. - Czy ktoś może podać mojemu synowi antidotum?!
Tuż obok Regulusa natychmiast pojawiło się kilku pracowników w białych fartuchach.
- Terezjaszu, czy możesz oprowadzić moje dzieci po pozostałych stajniach? - zapytał ojciec jednego z mężczyzn, gdy chłopiec został doprowadzony do stanu używalności. - W końcu to ich dziedzictwo. Niech wiedzą jak wspaniałe okazy posiadają. Ja mam spotkanie z Jasperem Howardem. Chce zakupić kolejnego abraksana, ale tym razem mniej narowistego. Z naszym Gierojem podobno żaden jego dżokej sobie nie radzi.
- Mówiłem ci, żeby odsunąć Laurentię od abraksanów. To szalona dziewczyna, wszystko przez nią... - odezwał się stojący z boku czarodziej o przebiegłej twarzy i czarnej, koziej bródce.
- Dobrze wiesz Camil, że to nie jej wina - wtrącił się jakiś starszy mężczyzna. - Jesteś do niej uprzedzony, bo jest lepsza od ciebie. U nas nie ma żadnych nienarowistych abraksanów. Już się takie rodzą. To nieodłączna cecha tej rasy.
- Ja o tym wiem - podsumował ojciec głośno się śmiejąc - ale spróbuj to wytłumaczyć Jasperowi... Camil, z Laurentią rób co ci się podoba, ale chcę, żeby u nas została i nie chcę mieć jej na głowie jak ostatnio. Ma dziewczyna charakterek, nie ma co...
W skutek nacisków Regulusa na sobotę ojciec zaplanował odwiedziny w Świętym Mungu. Syriusz wizyty w szpitalu u mastki nieco się obawiał, a i ojciec nie wyglądał na zadowolonego.
- Wcale mi się to nie podoba - wyznał Syriuszowi zanim otworzył drzwi do sali, w której leżała jego żona i nerwowo poprawił liście kwiatów w przyniesionym dla niej bukiecie. - Ale nieprzyjemne rzeczy należy załatwiać od ręki.
Nie było jednak tak źle. Matka była nieco otumaniona więc na nikogo się nie wydzierała i ucieszyła się gdy dostała od męża wiązankę. Na szczęście nie zapytała skąd ją ma, bo głupio by się było przyznać, że została zakupiona pod szpitalem u pewnej mugolskiej kwiaciarki. Dopiero gdy Orion Black zapytał dyżurnego uzdrowiciela, co jest przyczyną tak dziwnego zachowania jego żony i czy tak jej zostanie ten wyznał, że pani Black jest pod wpływem silnego eliksiru uspakajającego. Eliksir został jej podany po tym jak zwyzywała trzy czarownice leżące na sąsiednich łóżkach, zażądała osobnej sali i zaatakowała głównego uzdrowiciela oddziału (kogoś takiego jak mugolski odrynator), który grzecznie próbował jej wytłumaczyć, że w obecnej sytuacji jest to niemożliwe. Smaczku sytuacji dodawało to, że teraz pechowy uzdrowiciel leżał cztery piętra wyżej na oddziale urazów pozaklęciowych. Ojcu została również oddana różdżka jego żony, gdyż w szpitalu stwierdzono, że przedmiot ten w pobliżu pani Black stanowi poważne zagrożenie.
Dom przy Grimmauld Place od dnia "kraksy miotlarskiej" matki stał się też miejscem odwiedzin wielu czarodziejów, którzy wcześniej zbyt często się tutaj nie pokazywali. Po kilku dniach Syriusz zaczął podejrzewać nawet, że to osoba Walburgi Black odstrasza potencjalnych gości, choć możliwe było również, że powszechnie lubiany ojciec po prostu wstydził się kogokolwiek zapraszać, nie wiedząc jaki numer wywinie jego żona. Tak więc teraz zaczęło się nadrabianie zaległości.
Pierwszym dawno niewidzianym gościem była Lucretia Prewett, niezwykle sympatyczna ciotka Syriusza i starsza siostra jego ojca. Jak się okazało Orion Black wciąż, za plecami żony, wspomaga ją finansowo, gdyż jej sytuacja jest nieciekawa. Cała wizyta ciotki upłynęła na jej opowiadaniu o nowo-narodzonym wnuku - Billu i naśmiewaniu się z niedorzecznego pomysłu jej córki, że ta chciałaby jeszcze urodzić dziewczynkę:
- Molly wyszła za Artura Weasley, głównie dlatego Walburga nie chce nas widzieć - śmiała się Lucretia Prewett patrząc w oczy brata i wymachując kieliszkiem, do którego ten nalał jej najstarszego wina jakie znalazł w domu. - Przecież wiesz, że w rodzinie Weasleyów od pokoleń nie przyszła na świat żadna córeczka. Ale ja jej życzę powodzenia...
Częstym gościem na Grimmauld Place okazał się być także Abraxas Malfoy:
- Przez to umówienie małżeństwa Lucjusza z Andromedą, Abraxas już uważa się za członka rodziny - powiedział ojciec potężnie ziewając i trzeci raz z rzędu o nieprzyzwoicie późnej porze zamykając drzwi za panem Malfoyem.
Tydzień po wypadku matki rezydencję rodową Blacków odwiedził ktoś o wiele milej widziany. Był to wuj Alphard, który właśnie wrócił z urlopu i w ministerstwie natychmiast poinformowano go o tym co wywinęła jego siostra:
- Jesteście pewni, że nie potrzeba wam pomocy? - zapytał mieszając herbatę przy kawowym stoliku w salonie Blacków.
- Jakoś sobie radzimy - odpowiedział Syriusz odrywając wzrok od gobelinu, na którym złotymi nićmi wyszyte było sięgające średniowiecza drzewo genealogiczne rodziny.
- Orionie, ale ty masz tyle pracy...
- Spokojnie, już to opanowałem - odparł ojciec. - Chłopcy chodzą ze mną do hodowli. Z Syriusza byłby świetny jeździec. Naprawdę. Myślę, że popracuję nad nim gdy wróci z Hogwartu. Regulus wszystkiego się boi. Nie wiem, co Walburga zrobiła temu dziecku. Partyjkę szachów?
Obaj panowie Black przesiedli się do stojącego pod ścianą stolika szachowego.
- Stworek! Przynieś krzesło dla Syriusza - zawołał ojciec na skrzata domowego. - Niech się uczy jak marnować czas. I podaj mi i Alphardowi brandy z lodem, o ile twoja ukochana pani wszystkiego nie wypiła. Nie jesteś na miotle prawda? - ostatnie zdanie skierował do szwagra.
- Nie - odparł wuj. - Myślę, że w drodze powrotnej skorzystam z Sieci Fiuu. Z resztą nie wracam od razu do domu.
- Nie? - zainteresował się Orion Black zbijając jednego z pionów.
- Umówiłem się z kimś na...kolację...
- Ooo... A któż to jest tym razem?
- Co robisz w sobotę? - zapytał Alphard Black zbijając szwagrowi gońca. - Chciałbym was sobie przedstawić zanim moja szanowna siostra wyjdzie ze szpitala.
- W sobotę jest mecz quidditcha. Chluby grają ze Srokami z Montroe o wejście do finału, chciałem zabrać ze sobą chłopców. Ale... skąd ten pośpiech? - zapytał podejrzliwie ojciec. - Czyżby...
- Nic z tych rzeczy - przerwał szybko wuj. Po prostu... Kobieta, która chcę ci przedstawić nie do końca jest czystej krwi... A wiesz jaka jest Walburga.
Syriusz wybuchnął śmiechem, bo wyobraził sobie reakcję matki na taką rewelację. Orion Black musiał pomyśleć o tym samym, bo w końcu zapytał:
- A może poszlibyście z nami? Myślę, że uda mi się załatwić dwa dodatkowe bilety. Później zapraszam was na obiad do restauracji u mnie w hodowli. Wiesz, że cieszy się świetną renomą.
- I wygórowanymi cenami - dorzucił wuj.
- Na mój koszt - zaśmiał się ojciec i uniósł kieliszek.
Sobota była słonecznym, wyjątkowo gorącym dniem, ale w porannym powietrzu odczuwało się już zapach nadchodzącej jesieni. Choć mecz quidditcha zaczynał się dopiero o jedenastej pan Black i jego synowie musieli obudzić się wyjątkowo wcześnie, aby zdążyć na świstoklik do Exmoor, gdzie znajdowało się jedno z czterech największych boisk do quidditcha w Wielkiej Brytanii.
O ile Syriusz obudził się niezwykle podekscytowany (ostatnio na meczu był w wieku pięciu lat i bardzo mu się podobało), to Regulus miał wyraźnie problemy ze wstaniem. W końcu ojciec siłą wyciągnął go z łóżka i mogli wyjść na brudne ulice Londynu, aby chwilę później dotrzeć na przystanek świstoklików (znajdujący się przy jakimś mugolskim koszu na śmieci).
- John Lupin - powiedział ojciec na widok wysokiego, szczupłego mężczyzny trzymającego popękaną doniczkę i uścisnął mu dłoń.
- Też na mecz? - zapytał pan Lupin.
- Obiecałem chłopcom - pan Black wskazał na synów. - A to na pewno twój...
- Remus - blady, drobny chłopiec stojący za panem Lupinem lekko dygnął i wyciągną rękę w stronę pana Blacka, który ją uścisnął.
- Dużo macie pracy w Ministerstwie, John?
- Pewnie nie więcej niż ty - odpowiedział spokojnie pan Lupin. - Słyszałem o wypadku twojej żony...
- Chyba nie ma nikogo, kto by nie słyszał - zaśmiał się pan Black. - Tym razem Walburga przeszła samą siebie... Ale przynajmniej nie przeszkadza w domu. Ile mamy czasu do startu? - wskazał na trzymaną przez rozmówcę doniczkę.
- Pięć minut - odpowiedział pan Lupin spoglądając na zegarek.
- Właściwie powinien być tutaj Alphard - powiedział po dłuższym namyśle Orion Black - ale kto go tam wie, gdzie dzisiaj zabalował. Miejmy nadzieję, że do Exmoor dotrze na czas. Mecz o wejście do finału... Szkoda by było gdyby go przegapił. Kibicujesz Srokom?
Ojciec wskazał na czarno-białe szaty pana Lupina i białą koszulkę jego syna ze sroką na piersi.
- Słyszałem wiele dobrego o Hamishu MacFarlenie jako szefie Departamentu Czarodziejskich Gier i Sportów. Ludzie mówią, że kto jak kto, ale on na prawdę wie co robi...
- Kapitanem drużyny też był świetnym - pan Lupin po raz pierwszy od początku rozmowy się uśmiechnął. - Szkoda, że już nie gra...
Nic więcej już nie zdążył powiedzieć. Doniczka rozświetliła się niebieskim blaskiem i wszyscy rzucili się, aby dotknąć ją choć jednym palcem. Orion Black w ostatniej chwili pociągnął Regulusa za rękę. Syriusz poczuł ostre szarpnięcie w okolicach pępka, a niedawno zjedzone śniadanie niebezpiecznie podniosło mu się do gardła. Nogi oderwały się od podłoża i zaczął wirować z zawrotną prędkością wśród szumu wiatru i rozmazanych barw, a ręka przywarła do świstoklika tak, że nie sposób byłoby go puścić. Jedynym stałym punktem były twarze jego towarzyszy. I nagle, tak szybko jak się zaczęło, wszystko ustało. Uderzył stopami o twardą, mokrą ziemię ledwo utrzymując się na nogach. Tuż obok pan Lupin podtrzymywał syna. Leżący na trawie Orion Black zrzucił z siebie Regulusa, który wpadł na niego zwalając go z nóg:
- Żeby mi to było ostatni raz - powiedział ojciec pomagając mu wstać.
Syriusz dobrze wiedział, że chodzi mu o zagapienie się Regulusa w Londynie, a nie powalenie ojca tutaj, ale nie był pewien, czy dotarło to do brata.
Wokół kręciło się już mnóstwo czarodziejów, jedni w normalnych, codziennych strojach, jak pan Black i jego synowie, inni poubierani w barwy drużyny, której kibicują - fani Srok biało-czarne, a wielbiciele Chluby Portree purpurowo-złote. Tu i ówdzie rzucały się także w oczy szaliki, groteskowe cylindry i chorągiewki w odpowiednich kolorach.
W pobliżu wciąż lądowały nowe świstokliki i teleportowali się kolejni czarodzieje.
Ruszyli wraz z tłumem wydeptaną ścieżką wśród wrzosów i wysokiej trawy. Zaledwie minęli pagórek ich oczom ukazało się ogromne boisko o długości przynajmniej pięciuset stóp.
- I to wszystko ukryte przed mugolami - pokręcił głową pan Black. - Wasza matka byłaby zachwycona.
- Quidditchem?! - zaśmiał się Syriusz. - Zwariowałeś?
- Nareszcie - usłyszeli obok głos Alpharda Black, gdy dotarli do wejścia na stadion. - Już myśleliśmy, że o nas zapomnieliście. Czekamy od pół godziny.
- Wybacz Alphardzie, myśleliśmy, że polecisz z nami z Londynu, ale... Viola Lockhart? - zdziwił się ojciec, gdy zobaczył kto towarzyszy jego szwagrowi.
Ku swemu ogromnemu zdumieniu Syriusz nagle zorientował się, że zgrabna brunetka stojąca tuż za wujem, to ta sama kobieta, przy której Alphard Black tak uwijał się podczas wesela Belli i o ile dobrze sobie przypominał, to także ona odśpiewała pamiętnego czardasza, którego jego matka odtańczyła na biurku. A już był gotów pomyśleć, że związki wuja nigdy nie trwają dłużej niż jedną noc.
- Miło mi panią ponownie spotkać - zreflektował się w końcu ojciec i pocałował kobietę w dłoń. - A gdzież to pani zgubiła syna?
- Ach - pani Lockhart zarumieniła się. - Gilderoy spędza cały sierpień u swojego ojca.
- Chwała Bogu - wyrwało się panu Blackowi. - To znaczy... nie mam nic przeciwko niemu, to miły chłopiec - wytłumaczył się szybko - ale wciąż pamiętam jak kilka lat temu, latając na miotle po mojej hodowli, stracił nad nią panowanie i spłoszył całe stado abraksanów. Szukaliśmy ich przez tydzień. A później o mały włos nie został stratowany przez graniany, bo wszedł na tor wyścigowy.
- Trudno byłoby zapomnieć - pani Lockhart lekko się uśmiechnęła, jakby z upływem czasu wspomniane wydarzenia zaczęły ją bawić. - Powinnam do końca życia być panu wdzięczna za uratowanie go. Niestety mój syn nieroztropność odziedziczył po ojcu. Proszę mi mówić po imieniu.
- Będzie mi bardzo miło. Macie tutaj bilety - powiedział szybko Orion Black. - Świetne miejsca, zabierzcie proszę chłopców, zaraz do was dołączę.
Syriusz podszedł do bramki ochrony i zaczekał, aż czarodziej w granatowej szacie ze złotą kometą na piersi sprawdzi różdżki wujowi i przyszłej ciotce. Mężczyzna z pewnym zażenowaniem wziął do ręki różdżkę pana Blacka i bardzo szybko mu ją oddał:
- Bo to tak dziwnie sprawdzać własnego szefa - wyjaśnił pospiesznie po czym spojrzał na Syriusza.
- On nie, Marius - powiedział wuj. - Dopiero we wrześniu zaczyna Hogwart. Miłej pracy.
Znów zaczęli przeciskać się przez tłum. Gdy dotarli na swoje miejsca okazało się, że rzeczywiście, jak wspominał ojciec, są doskonałe. Znaleźli się w zadaszonej loży dokładnie w połowie boiska wiele stóp nad ziemią. Sam Orion Black pojawił się chwilę przed jedenastą.
- Catriona się wścieka - oznajmił siadając na swoim miejscu. - Dzisiaj po raz pierwszy ma zagrać ich nowy szukający. McLaggen został sfaulowany w meczu z Pustułkami , prawdopodobnie to koniec jego kariery. Ten nowy chłopak strasznie się stresuje, od pół godziny wymiotuje w toalecie... Zaprosiłem Catrionę na obiad, mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko.
Alphard Black rzucił mu pytające spojrzenie, a Viola Lockhart uśmiechnęła się tajemniczo.
Minęła godzina jedenasta, a mecz dalej się nie zaczynał. Syriusz zauważył, że komentator daje jakieś dziwne znaki kobiecie ubranej w strój głównego sędziego. Ta rzuciła pytające spojrzenie dwóm sędziom bocznym po czym ruszyła w stronę jednej z szatni zawodników. Po chwili wyszła i rozłożyła ręce dając znać komentatorowi, że nic na to nie poradzi.
Chwilę później, przy wyjściu z szatni, z której wyszła sędzia odbyła się jakaś szamotanina i na boisku zaczęli pojawiać się pierwsi gracze w ciemno-purpurowych szatach ze złotą gwiazdą na piersi i plecach.
- Witam na przedostatnim meczu quidditcha w tym sezonie - zaczął uradowany komentator - dzisiaj o wejście do finału zagra Chluba Portree ze Srokami z Montrose. Oto na boisku pojawiają się wspaniali zawodnicy Chluby: Tom Groom, Cyprian Duke, Rose Smethley, to jej pierwszy mecz po urlopie macierzyńskim, gratulujemy młodej mamie, Jonathan Pucey i Benedict Devon.
Gracze wylecieli z szatni na miotłach i wśród wiwatów swoich fanów wykonali honorową pętlę w okół boiska:
- Zaraz... zaraz... - rozległ się znów głos komentatora. - A gdzie szukający i kapitan drużyny?
W tym samym momencie zasłona po lewej stronie boiska ponownie się odsłoniła i w wyjściu pojawiła się Catriona McCormac popychająca przed sobą jakiegoś przerażonego chłopca, raz po raz potykającego się o niesioną przez siebie miotłę. W końcu Catriona puściła jego szatę, wycelowała w niego różdżką, a zaklęcie pchnęło go tam mocno, że chłopak przewrócił się i wylądował dokładnie na środku boiska przy polu do wypuszczania piłek.
- A oto i oni - wykrzyknął rozbawiony komentator gdy tylko udało mu się powstrzymać śmiech - kapitan drużyny, Catriona McCormac i nowy nabytek Chlub, Dougal McBride, który zastąpił kontuzjowanego McLaggena. Dodajmy mu otuchy gromkimi brawami.
Wśród ryków śmiechu na trybunach rozległy się w końcu oklaski. W tym czasie reszta drużyny zdążyła wylądować przy Catrionie i zająć pozycje w pobliżu pola środkowego.
- Powitajmy drużynę Srok z Montrose - z wyjścia po prawej stronie kolejno zaczęli wylatywać gracze w czarno-białych szatach z wyobrażeniem sroki na plecach i na piersi. - Kapitan drużyny Fabius Wotkins, Alastair Maddock, Rolanda Hooch, Roger Cornfoot, Cormac McLeod oraz pałkarze David Alderton i Kwan Chang.
Regulus wychylił się tam mocno, że omal nie wypadł z loży, ojciec chwycił go za koszulkę i posadził na miejscu. Tymczasem Sroki zajęły już pozycję, a sędzia zabrała skrzynię z piłkami i ruszyła ku środkowi boiska:
- Sędzia Levieaux wchodzi na boisko, aby zacząć mecz...
Potoczył się głos komentatora, a Syriusz pomyślał, że nazwisko Levieaux go prześladuje.
- Tłuczki uwolnione... Poleciał także znicz - darł się komentator. - Pamiętajcie, że znicz wart jest sto pięćdziesiąt punktów, szukający, który złapie znicz kończy grę...
Pani Levieaux wsiadła na miotłę i wyrzuciła w powietrze dużą, czerwoną piłkę.
- Kafel poszedł w górę i... RUSZYLI...
Piętnaście postaci na miotłach wzbiło się w powietrze, a kafel znalazł się w rękach Catriony McCormac.
- Kapitan Chlub natychmiast przejmuje kafla... Cóż to za wspaniała ścigająca...
- I do tego jaka ładna - szepnął wuj szturchając ojca w bok.
- ALPHARD!
- Przepraszam cię, Viola...
Do Catriony dołączyli Duke i Smethley i razem popędzili w stronę bramek przeciwnika. Taka obstawa nie była jednak potrzebna, bo wyglądało na to, że Sroki nie zorientowały się jeszcze, że mecz się już zaczął. Dopiero gdy ścigający Chlub byli w pobliżu pola bramkowego znikąd pojawili się pałkarze przeciwników i równocześnie uderzyli w tłuczek kierując go w stronę Catriony.
Catriona szybko zrobiła unik, niestety Duke nie miał tyle szczęścia, tłuczek trafił go prosto w żołądek. Zachwiał się, ale utrzymał na miotle:
- Wspaniały dubel w wykonaniu Changa i Aldertona - potoczył się pełen zachwytu głos komentatora - bardzo trudny manewr, niesamowicie zgrani pałkarze, prawdopodobnie najmocniejsza część drużyny... Hooch przejmuje kafla, zgrabne podanie do Maddock'a, to nowe odkrycie Fabiusa Wotkinsa, w tym roku skończył Hogwart, aż nie chce się wierzyć, że grał tam w jednej drużynie z McBridg'em.
Syriusz spojrzał w górę. Wysoko nad pozostałymi graczami, wyraźnie starając się trzymać z boku, unosił się szukający Chlub. Nawet z tej odległości widać było, że jest zielony ze strachu.
- Chluby przy piłce, McCormac podaje do Smethley, z powrotem do McCormac i... Chluby tracą piłkę... Alastair Maddock przejmuje kafla, podrywa się w górę, będzie strzelał... nie... ... rzuca piłkę do Hooch... perfekcyjnie wykonany Manewr Porskowej... bardzo trudny do obrony... Hooch strzela... Groom znakomicie wyłapuje kafla... obrońcy nigdy nie byli mocną stroną Chlub, a tutaj proszę: chapeau bas... Oddaje kafla Duke’owi... co za wspaniały zwód! ograł Watkinsa, jest wysoko, zamierza się... to musiało zaboleć, tłuczek uderzył go w tył głowy, jak tak dalej pójdzie to Duke nie zakończy tego meczu w jednym kawałku, gdzie się podziali pałkarze z jego drużyny?!... kafel w posiadaniu Srok... Watkins szybuje ku słupkom bramkowym, ale... tak, pałkarze Chlub się obudzili... Watkins zablokowany przez tłuczek odbity przez Benedicta Devona... McCormac znów ma kafla, przed nią nie ma nikogo... mknie jak błyskawica...
Regulusa znów trzeba było posadzić na miejsce.
- ... wyminęła pędzący ku niej tłuczek... słupki już blisko... strzela... McLeod nurkuje... za późno! GOOL DLA CHLUB PORTREE!
Przez stadion przetoczył się ryk radości purpurowo-złotych kibiców i nawet Syriusz, którego gra Chlub nie zachwycała musiał przyznać, że Catriona ma klasę.
- Kafel w posiadaniu Hooch... gonią ją Smethley... Hooch wykonuje przerzutkę do Wotkinsa... skąd się tutaj wzięła McCormac?!... w każdym razie McCormac przejmuje piłkę... wymija Maddocka... mija Hooch... mknie prosto ku słupkom bramkowym... Chang odbija w nią tłuczek... niewiarygodne!... McCormac wzbija się w górę... mało brakowało, tłuczek mija ją o włos... ograła Wotkinsa... Hooch i Maddock nie są w stanie jej dogonić... STRZELA!... Brawo Catriona McCormac!... DZIESIĘĆ PUNKTÓW DLA CHLUB... Sroki przejmują kafla, Hooch podaje do Fabius Watkinsa... Chluby formują Kleszcze Parkina... Watkins wzbija się w górę... tym razem ścigajacym Chlub się nie udało... McCormac zawraca... Pucey posyła tłuczek w Watkinsa... chybił... Watkins strzela... GROOM OBRONIŁ!... Chluby przejmują kafla... Duke podaje do McCormac... McCormac do Duke’a... Duke do Smethley... Smethley do McCormac... Co to ma być?! Głupi Jaś?!... ścigający Srok nie są w stanie odebrać kafla Chlubom... McCormac ucieka z kaflem... ścigają ją Hooch i Watkins... Alderton kieruje w jej stronę tłuczek... drugi tłuczek odbity przez Changa... McCormac obraca się wokół trzonka swojej miotły... wyjątkowo oryginalne wykonanie Zwisu Leniwca, ponad to NIE TRACI KAFLA... okrąża bramki Srok... podaje do Smethley... McLeod BROŃ... TRZECI GOOL DLA CHLUBY PORTREE!... Co się stało z tą drużyną!
Zachwycony ton komentatora wyraźnie nie spodobał się Srokom, bo od tego momentu gra stała się dużo szybsza i brutalniejsza. Tłuczki latały we wszystkich kierunkach z zawrotną prędkością, zmuszając kolejnych zawodników do zmiany planów.
- Sroki przy piłce... NIE!... Chluby przy piłce... NIE!... Sroki w ataku... czyżby to Głowa Jastrzębia?!... Sroki nigdy jej nie stosowały. Najwyraźniej kapitan wprowadził udoskonalenia... kto to jest?!... tak, to Fabius Watkins, Fabius Watkins ma kafla, wzbija się w górę... Smethley chce go zablokować... czyżby Watkins próbował ją odepchnąć?... Chang posyła w nią tłuczka... oj, to musiało zaboleć... aż odleciała do tyłu... nie wierzę... Watkins wykonuje Woollongong Shinny... rozbija Głowę Jastrzębia uformowaną przez ścigających Chlub... strzela... Chang i Alderton posyłają tłuczka w stronę Groom'a... Groom broni... czy on z tego wyjdzie?!
Tłuczek odbity przez pałkarzy Srok trafił Grooma prosto w żołądek. Groom przeleciał przez środkową pętlę i spadł w dół. Na boisko natychmiast wbiegli magomedycy, ale pani Levieaux nie odgwizdała przerwy.
Catriona przez chwilę patrzyła za swoim zawodnikiem po czym ostro zanurkowała w dół i złapała kafla. Chwilę później znów pędziła w stronę słupków bramkowych przeciwnika, a Duke i Smethley natychmiast popędzili za nią.
- Dożarta kobieta - podsumował z podziwem wuj Alphard.
- ... wprost na McCormac leci Watkins... Chang odbija w nią tłuczka... robi unik... pałkarze Chlub znowu śpią... Watkins przejmuje kafla... leci na wciąż puste bramki Chlub... Groom już chyba nie wróci... strzela... PIERWSZY GOOL DLA SROK Z MOTROSE!
Dalej było już tylko gorzej i brutalniej, a gra Srok coraz bardziej zachwycała Syriusza. Hooch i Watkins złapali w Kleszcze uciekającą z kaflem Smethley. Ta nie zatrzymała się na widok nadlatującego Maddocka i usiłowała zrobić unik. Odwróciła się za mocno. Watkins i Hooch puścili ją w ostatniej chwili i umknęli na boki, ale Smethley nie miała tyle szczęścia - rozbiła się o wzniesienie, na którym była umieszczona loża dla widzów, dokładnie na przeciw miejsca zajmowanego przez Syriusza, i zsunęła się po niej w dół. Na boisko znów wbiegli magomedycy, a pani Levieaux, nie przerywając gry, poszybowała za Watkinsem, który przejął kafla.
Syriusz pomału dostawał oczopląsu, gdy kafel przechodził z rąk do rąk, a wokół zawodników śmigały odbijane przez pałkarzy tłuczki. Nikt też nie zwracał już uwagi na wiszącego na barierce Regulusa. Prawie wszyscy byli zajęci obserwowaniem meczu, który miał być okrzyknięty najlepszym w tym sezonie. Prawie wszyscy, bo Viola Lockhart ze stoickim spokojem siedziała na swoim miejscu z nogą założoną na nogę i bez żadnych emocji obserwowała zmagania zawodników.
Typowa baba, pomyślał Syriusz.
Watkins ponownie przeleciał zygzakiem przez całe boisko, wyminął odbitego w niego przez Devona tłuczka i strzelił kolejnego gola, gdy Catrionie nie udało się obronić pętli.
Zaczął się kolejny zabójczy pościg z kaflem, a Syriusz widział tylko dziewięć barwnych smug. Nagle McBridge ostro zanurkował w dół i w tym samym momencie zrobił to Cornfoot. Obaj, ramię w ramię, pomknęli ku błyskającej przy ziemi złotej kuleczce. Catriona na chwilę zawisła w powietrzu obserwując ich zmagania. W tej samej chwili rozległ się trzask, a Syriusz zobaczył, że odbity do tyłu przez Aldertona tłuczek trafił w kij miotły Duke’a. Duke spiralnie leciał w dół. Catriona była zmuszona oderwać wzrok od szukających i złapać upuszczonego przez niego kafla. Chwilę później pędziła w stronę bramek Srok i wbiła gola, jednak mało kto to widział. Większość kibiców była zajęta szukającymi wiele stóp niżej.
Cornfoot popchnął McBridgea tak mocno, że ten o mały włos nie wyleciał poza boisko. Szybko jednak zawrócił ledwo nie uderzając głową w trzonek swojej miotły, wrócił do Cornfoota, zaplątał się w swoją szatę, wywinął koziołka i spadł z miotły rozpłaszczając się na murawie.
Cornfoot w tej samej chwili ścisnął kolanami miotłę, oderwał ręce od trzonka, a sekundę później w jego dłoni trzepotała mała, złota piłeczka.
Rozległ się ostry gwizdek pani Levieaux, a przez ryk radości kibiców Srok przebił się głos komentatora:
- ROGER CORNFOOT MA ZNICZ! CORNFOOT OTRZYMUJE STO PIĘĆDZIESIĄT PUNKTÓW ZA ZŁAPANIE ZNICZA. SROKI WYGRAŁY! Komentował dla państwa: Julius Langman.
Catriona McCormac wylądowała na ziemi, przebiegła załzawionym wzrokiem po trybunach, dostrzegła Oriona Blacka, uśmiechnęła się smutno i pokręciła głową. Zaraz później odwróciła się , pozbierała z ziemi wciąż leżącego Daugala McBridgea i wyszła z nim do szatni.
- Czekajcie na mnie przy wejściu - rzucił ojciec przez ramię i natychmiast wyszedł z loży.
- Poszedł ją... pocieszać czy jak? - zapytał siostrzeńców pan Black.
- Alphard, daj spokój, proszę cię - powiedziała Viola Lockhart kładąc mu dłoń na ramieniu i lekko się uśmiechnęła. - To jeszcze dzieci.
Po figlarnych ognikach w jej oczach, widać było jednak, że podobnie jak Syriusz zrozumiała, że wujowi nie chodziło o pocieszanie w sensie dosłownym.
Godzinę później wszyscy siedzieli w Alcot na patio w restauracji w hodowli Blacków, czekając, aż kelner przyniesie im zamówione dania. Catriona pomału odzyskiwała dobry humor:
- Dauglas po meczu powiedział, że rezygnuje z dalszej gry - opowiadała. - Powiedziałam mu, że skoro teraz naważył piwa, to je w przyszłym sezonie wypije.
Dorośli ryknęli śmiechem.
- A co z Dukem... z Groomem... ze Smethley...? - zapytała w końcu Viola.
- Będę ich musiała odwiedzić w Świętym Mungu - powiedziała smutno Catriona. - Chociaż magomedycy twierdzą, że nie powinni tam zabawić zbyt długo. Tom i Rose mają trochę pogruchotane kości, ale jak na taką wysokość to i tak dobrze się skończyło. Cypriana zabrali tylko na obserwację, bo wierzą, że nic mu nie jest. Teraz są u nich Jo i Ben... Daugal, miał zawiadomić ich rodziny. Przynajmniej zajmie się czymś innym, niż wymyślanie głupot.
- Swoją drogą to ja tej Rose Smethley współczuję, jeśli trafiła na ten sam oddział co moja Walburga - odezwał się Orion Black, gdy kelnerzy zaczęli stawiać przed nimi półmiski pełne najwykwintniejszych potraw.
- Orion... - Catriona pokręciła głową z dezaprobatą, ale się uśmiechnęła.
- Nie Orionuj mi tu teraz - przerwał jej ojciec. - I tak mamy do pogadania.
- Może nie dzisiaj... Jakbyś nie zauważył miałam dzisiaj ciężki poranek...
Kolejny kelner zaczął nalewać do kieliszków wino, na którym Syriusz dostrzegł rok "produkcji" - 1771.
- Tej pani nie. Ta pani jest w ciąży - powiedział ojciec, gdy mężczyzna chciał nalać wina do kieliszka Catriony.
- W ciąży? - zainteresowała się nagle Viola Lockhart. - I lata na miotle?
- W dodatku gra w quidditcha - wtrącił Orion Black, a w jego głosie zabrzmiała nutka gniewu. - Może ty jej wytłumaczysz, że to niebezpieczne. Mnie nie chce słuchać.
- Orion, przerabialiśmy to tyle razy... Mam swoje obowiązki...
Syriusz patrzył na to Catrionę, to na ojca. Albo mu się wydawało, albo tych dwoje łączyła dziwna zażyłość. Sądząc po minie i zmarszczonych brwiach Violi, ona myślała dokładnie o tym samym. Tylko wuja Alpharda wyraźnie coś bawiło.
- Chłopcom też możesz odrobinę nalać, John - powiedział ojciec, gdy kelner od wina chciał odejść. - Rozcieńczymy im je wodą i będzie w porządku. A ty moja droga? - zwrócił się do Catriony. - Chcesz może świeżego soku z dyni? Schłodzony, bardzo dobry...
Reszta obiadu upłynęła na kulturalnych i nudnych rozmowach dorosłych. O Ministerstwie Magii, o Hogwarcie, o repertuarze opery na przyszły sezon... Powoli słońce zaczęło zachodzić i podano deser. O planach na rozwój hodowli, o znanych czarodziejach, o Szpitalu Świętego Munga, o nowym roku artystycznym w Teatrze imienia Magicznej Jedności...
- Chodzą słuchy, że mój ex-mąż, chce reżyserować tam "Sen nocy letniej" - powiedziała uśmiechnięta Viola Lockhart. - Założę się, że jego drugiej ex-małżonce ten pomysł się nie spodoba. Nawiasem mówiąc, Gilderoy jest wielkim twoim fanem - spojrzała na Catrionę.
- Potraktuję to jak komplement...
- A ja nigdy nie zapomnę ciebie jako Tytanii, gdy wystawialiście "Sen" w operze w Athenley - powiedział Orion Black do Violi. - Niezapomniane doznanie.
- Prawda? Zwłaszcza, że byłam niemal rozebrana. Co ja wtedy przeżyłam...
- A teraz wybierzemy się razem na premierę do Yorku - wtrącił wuj Alphard. - Chyba zamierzasz pójść.
- O, takiej okazji nie mogłabym przegapić - odpowiedziała Viola Lockhart ze złośliwym uśmiechem.
- Liczę, że pani także się z nami wybierze - powiedział Alphard Black patrząc na Catrionę. - Premierę planują na Wielkanoc.
- Ooo... - Catriona pokręciła głową. - Obawiam się, że będę miała wtedy inne obowiązki... To przed samym początkiem sezonu quidditcha, a w tej chwili mam w drużynie tylko dobrych ścigających i miernego obrońcę. No i... wtedy już będę miała... dziecko...
- Przez ten jeden wieczór na pewno ktoś się dzieckiem zajmie - powiedział wuj. - Na przykład... tatuś?
Orion Black zakrztusił się winem.
- To raczej niemożliwe - odparła Catriona klepiąc go po plecach.
Trzasnęły drzwi na patio, ojciec spojrzał w tamtą stronę, odwrócił się w stronę Violi jakby chciał coś powiedzieć, i znów spojrzał w kierunku drzwi, a twarz mu pobladła.
- O nie... - wyjąkał. - Schowajcie mnie.
Wyraźnie w ich kierunku, tratując po drodze wszystkie krzesła, szła młoda, szczupła dziewczyna o długich, falowanych, brązowych włosach. Ubrana była w niezwykle drogi strój dżokeja (sama błyszcząca, jedwabna, ciemnoczerwona koszula musiała kosztować dziesiątki galeonów), w ręku trzymała pejczyk.
- W stajni powiedzieli, że Cie tutaj znajdę - powiedziała dobitnie, stając przed ojcem.
- Laurentia, proszę, nie dzisiaj. Głowa mnie boli...
- Wypij więcej wina to będzie cię bolała jeszcze jutro i po jutrze - odpowiedziała natychmiast kobieta.
Orion Black popatrzył po twarzach swoich gości i synów:
- Czy ja wam ją już przedstawiałem? Mój najlepszy jeździec i trener, Laurentia Fletwock. Może usiądziesz?
Laurentia nie ruszyła się z miejsca, ale po jej minie widać było, że komplement szefa zrobił na niej wrażenie.
- To mój szwagier, Alphard Black - zaczął przedstawiać ojciec - jego urocza znajoma i mam nadzieję, niedługo narzeczona, Viola Lockhart. Moja droga przyjaciółka, Catriona McCormac oraz Syriusz i Regulus, moi wspaniali synowie...
- Orionie! - kobieta szybko wróciła do siebie.
- Znowu się zaczyna... Może wina, soku...
- Orionie!, musisz mnie wysłuchać!
- Ależ słucham... - powiedział zrozpaczony ojciec i oparł się łokciem o ramię krzesła.
- Nie mam zamiaru trenować tych głupich aetonów - wypaliła natychmiast Laurentia.
Ojciec odetchnął.
- Najpopularniejszy gatunek w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Na dodatek zero w nich temperamentu!...
- Są ładne... Kasztanowe... - tłumaczył ojciec, nie bardzo wiedząc co powiedzieć.
- Nie przerywaj mi jak mówię - wpadła mu w słowo Laurentia. - Chcę do MOICH abraksanów i to z prędkością świstoklika!
- Laurentia... uspokój się - jęknął ojciec. - Camil...
- Nie obchodzi mnie Camil. Niech Camil mówi sobie co chce, mnie to obchodzi tyle co smarki trola. - Każde słowo "Camil" do cna przesycone było pogardą.
- Graniany ci dam od ręki, bez gadania...
- Abraksany...
- No to może...
- Testrali też nie chcę - przerwała panu Blackowi Laurentia, jakby czytając w jego myślach. - Gdybyś zapomniał: Ja. Ich. Nie. Widzę.
- Szczęściara.
- Nie przerywaj mi! Chcę abraksany.
- Laurentia...
- Orion...
- Laurentia...
- Orion do cholery! - wygięty przez Laurentię pejczyk wystrzelił do góry.
- Już dobrze! Bierz - powiedział szybko Orion Black. - W poniedziałek porozmawiam z Camilem.
Laurentia Fletwock skinęła głową, odwróciła się i odeszła bardzo z siebie zadowolona. Ojciec oparł się łokciami o stół i ukrył twarz w dłoniach:
- Jestem marionetką w rękach kobiet - powiedział.
tagi: