W końcu zdecydowałam się dodać kolejny rozdział. Na razie prototyp. Miał być bardziej rozbudowany, ale na razie skupię się na tym, żeby dobrnąć do końca pierwszego roku, a później, mając więcej czasu, będę pokolei wszystko poprawiać. Jeśli chcecie wiedzieć co więcej wydarzyło się na początku roku szkolnego, zapraszam na www.aurorasinistra.mylog.pl do rozdziału "Doniesienia Proroka".
Mimo wszystko, życzę przyjemnej lektury.
Już pierwszy tydzień nauki w Hogwarcie obfitował w wydarzenia. Pozwoliło to Syriuszowi z jeszcze większym entuzjazmem patrzeć na to, co przyniosą kolejne lata spędzone w Szkole Magii i Czarodziejstwa. Wcześniej, gdy myślał o Hogwarcie, widział w tym tylko szansę na wyrwanie się ze znienawidzonego domu. Teraz Hogwart stał się dla niego ostoją, w której znalazł spokój i swoje miejsce. Należał też do grupy, w której lubiano go takim jaki był i nie próbowano go zmienić, nie zmuszano do niczego i akceptowano wszystkie jego decyzje, nawet jeśli z tych, czy innych powodów, ktoś się z nimi nie zgadzał.
Choć w nocy, po Ceremonii Przydziału, wszyscy chłopcy położyli się do łóżek bardzo późno, rano zerwali się skoro świt. Okazało się, że w jakiś niewytłumaczalny sposób, wszystkie porozrzucane przez nich wczoraj części garderoby, zostały złożone w kostkę i poukładane na kufrach. Syriusza niepokoił tylko fakt, że brudna bielizna i skarpetki gdzieś zniknęły. Nie było mu dane jednak długo się nad tym zastanawiać, bo James dał komendę do wyjścia.
Okazało się, że poruszanie się po zamku nie jest prostą sprawą. Nawet jeśli ktoś w miarę pamiętał drogę do Wielkiej Sali na uczniów czekały różne niespodzianki.
- Czy ktoś może mi pomóc? - zapytał ze śmiechem Syriusz, gdy po raz piąty zapadł się w stopień pułapkę.
James i Remus natychmiast pospieszyli mu z pomocą.
- Dalej niech kto inny prowadzi - powiedział, kiedy jego noga została uwolniona.
- Na mnie nie patrzcie - odezwał się natychmiast Peter, rozcierając bolące kolano. - Jeszcze James nie prowadził.
- Och, ty to jesteś odważny - zakpił młody Potter i ruszył na przód.
Na śniadanie i tak dotarli wyjątkowo wcześnie. Przy stołach czterech domów siedziało zaledwie kilka osób. Wszyscy mocno niewyspani. Niestety, spokój jaki panował w Wielkiej Sali, wkrótce miał być zburzony przez wieści napływające zza murów szkoły. Jednak tego pierwszego dnia, jedząc śniadanie i raz po raz przecierając zaspane oczy, mogli jeszcze dowcipkować i śmiać się do woli.
- Jutro ja prowadzę! - około godziny ósmej do Wielkiej Sali dotarły także pierwszoroczne Gryfonki. Rozzłoszczona Dorcas usiadła naprzeciwko Syriusza.
- Najpierw to ty musisz trafić na noc do wieży Gryffindoru - odgryzła się jej Mortycja.
- Czy mogłybyście w końcu przestać się kłócić - szepnęła półgębkiem Lily, siadając między nimi. - Nie jesteśmy tutaj same.
Syriusz wyszczerzył do nich zęby.
- Możesz mi podać kiełbaski? - zapytała Jamesa jego kuzynka, nie zwracając uwagi na sprzeczające się koleżanki.
James sięgnął po talerz i podał go jej, prze przypadek maczając koniuszek rękawa szaty w herbacie Syriusza.
- Dla ciebie wszystko, kuzynko.
- Dzięki - odparła Aurora.
Syriusz odebrał od niej talerz, ale zanim odstawił go na stół nałożył sobie na talerz dwie przypieczone parówki. Zabrał się do jedzenia kolejnego śniadania, myślałby kto, że na wczorajszej uczcie powitalnej, powinien się najeść na cały tydzień, gdy do Wielkiej Sali wleciała przynajmniej setka sów. Spojrzał na nie oszołomiony.
- To niemożliwe, żeby po jednym dniu nieobecności, rodzice już tęsknili za swoimi dziećmi - zauważył.
- Nie gadaj tyle tylko uważaj. Jeszcze któraś z nich narobi ci na głowę - rzucił James i się roześmiał.
Śmiał się do momentu, gdy jedna z sów wylądowała przed nim. Niosła dość pokaźną paczkę. Chłopak szybko rozerwał brązowy papier, w który była zapakowana. Wypadł z niego egzemplarz "Wprowadzenia do transmutacji".
- Moja babcia jak zawsze o wszystkim pomyślała - podsumował chłopak wertując kartki.
W końcu stwierdził, że nie ma w niej nic ciekawego i odłożył ją na bok.
- Wolałbym, żebyśmy od razu przeszli do trudniejszych rzeczy. Podobno moja różdżka jest stworzona do transmutacji.
Syriusz doszedł do wniosku, że on osobiście wolałby, żeby żaden z jego podręczników nie został w domu. W przeciwieństwie do Jamesa nie miał nikogo, kto zawracałby sobie głowę jego wyposażeniem szkolnym. Chyba, że miałby to być zakup srebrnego kociołka, zamiast cynowego, aby popisać się swym bogactwem przed innymi czarodziejami. Oj, tego kociołka to on matce nie wybaczy.
TRZASK! Rozległ się obok Syriusza łomot tłuczonego szkła i chlust rozlewającego płynu. Peter, zaczytany w otrzymanym przed chwilą "Proroku Codziennym", oparł się o dzbanek z herbatą. Profesor Slughorn, siedzący przy stole nauczycielskim, uśmiechnął się szeroko i wycelował różdżką w zdobne kawałki, które na powrót zlepiły się w całość. Potem figlarnie pogroził mu palcem. Szata Petera jednak wciąż ociekała herbatą, a pod jego siedzeniem zrobiła się spora kałuża. Syriusz spojrzał na Mortycję:
- Mogłabyś coś z tym zrobić? Wygląda, jakby się nam Peterek posiusiał.
- Sam weź papierową serwetkę i posprzątaj. Ja nie mam zamiaru wyręczać Filcha - odparła spokojnie dziewczyna i wróciła do jedzenia owsianki.
- Miałem na myśli, żebyś użyła tego zaklęcia, którym oczyściłaś mu szatę wczoraj przed ucztą.
- Nie zadziała - odpowiedziała, ponownie odrywając się od śniadania. - Tamto to było zaklęcie oczyszczające, teraz potrzebne jest osuszające. Nie znam go, wiec nie pomogę. Przykro mi.
Na jej twarzy pojawił się jednak uśmieszek, który z całą pewnością nie wyrażał żalu. Wręcz przeciwnie, wyraźnie się cieszyła. Albo to była nadmierna wyobraźnia Syriusza, albo Mortycja nie przepadała za Peterem już od pierwszego ich spotkania.
Chłopak o mały włos nie spadł z krzesła, gdy Aurora tuż pod jego nosem, podała Jamesowi jakąś kopertę. Sprowadziło go to na ziemię. Postanowił dokończyć wreszcie śniadanie. Szkoda tylko, że Mortycja nie zajęła się tym samym. Nieco rozpraszała go jej paplanina. Tym razem wprowadzała Aurorę w problemu hogwarckich profesorów. Że też ta dziewczyna nie może kazać jej się zamknąć!
- Pewnie znów obniżyli im pensję - mówiła. - Albo podnieśli wiek emerytalny...
W tym momencie przed nosem Syriusza znów pojawiła się ręka Jamesa:
- Twój brat jest cudowny - powiedział do Aurory, podając jej skrawek pergaminu.
Syriusz, nie mogąc oprzeć się pokusie, spojrzał przez ramię Aurory na coś, co musiało być zaczarowanym rysunkiem jakiegoś dzieciaka. Dopiero po chwili dotarło do niego, że przedstawia on podobiznę Jamesa biegającego w kółko z podpaloną głową. A tuż obok leżała... dymiąca różdżka.
- Do twojego bardziej się przyłożył - Aurora starała się przekrzyczeć nagły wybuch śmiechu Syriusza.
Syriusz nie mógł nic na to poradzić, przez dłuższą chwilę po prostu nie mógł zapanować nad tym napadem głupawki. Swoją drogą... gdyby Regulus przysłał mu taki obrazek, przy najbliższej okazji obdarłby go ze skóry. Na szczęście listów z domu nie ma co się spodziewać. Może do ojca napisze za jakiś tydzień... lub dwa. Już prawie się opanował, gdy zobaczył wyraz dzioba sowy Aurory, łypiącej na niego groźnie spode łba. Zapewne obrażonej na niego na śmierć i życie za przestraszenie jej nagłym wybuchem śmiechu. Tymczasem kuzynka zaczęła robić Jamesowi wyrzuty:
- Po co taszczyłeś tutaj ten podręcznik do transmutacji?
- On go tutaj nie przyniósł - Syriusz powstrzymując śmiech poczuł się w obowiązku bronić kolegi. - Właśnie mu ją przysłali z domu.
Okazało się, że tylko pogorszył sytuację.
- No nie! Jak mogłeś o tym zapomnieć! - Aurora spojrzała na kuzyna tak, jakby uważała go za kompletnego kretyna lub przynajmniej za niedorozwinięte dziecko.
- Wcale nie zapomniałem. Jakbyś nie pamiętała, pakowałem się w dużym pośpiechu - bronił się James.
Tak "filozoficznej" odpowiedzi Syriusz się po nim nie spodziewał. Aurora chyba też nie, bo zamrugała tylko oczami.
- Na własne życzenie - dodała i zajęła się jedzeniem.
Syriusz zwrócił się do Jamesa:
- Ile lat ma twój kuzyn?
- Sześć. I nie jest do końca moim kuzynem - mruknął z mściwą satysfakcją. - Lepiej się odwróć i zobacz kto zaszczycił nas swoją obecnością.
Do Wielkiej Sali weszła właśnie mocno niewyspana profesor McGonagall. Zaczęła rozdawać jakieś karteluszki. Jak się okazało, były to plany zajęć. Opiekunowie pozostałych trzech domów poszli w jej ślady. Mortcji znów buźka się nie zamykała. Tym razem tłumaczyła Aurorze kto jest kim w Hogwarcie. Jakby to kogoś interesowało! Irytujące stworzenie.
- ... profesor Flitwick - kończyła kilkanaście minut później, wskazując na czubek zielonej tiary przy stole Ravenclawu. - Nauczyciel zaklęć. Podobno w jego żyłach płynie krew goblinów.
Zajęty tą paplaniną Syriusz nie zauważył kiedy profesor McGonagall do nich podeszła. Musiała kilka razy klepnąć go w ramię, zanim odebrał od niej rozkład zajęć. James już studiował swoją kartkę.
- Świetnie. Teraz mamy wolne - podsumował te "oględziny".
- Tak, a potem obronę przed czarną magią - wtrąciła zupełnie niepotrzebnie Mortycja. - O nie! Ze Ślizgonami. Czy ona...
Syriusz przestał zwracać na nią uwagę. Z resztą, chwilę potem i tak, razem z Aurorą, zajęły się jakimś artykułem w "Proroku Codziennym".
Przez kolejne tygodnie młody Black skupił się przede wszystkim na unikaniu bliższych spotkań z Mortycją, a tym bardziej z Raquelą. Ta druga już przed pierwszymi zajęciami z obrony przed czarną magią, dała mu odczuć, że jest na niego śmiertelnie obrażona. O co, Syriusz nie wiedział i prawdę powiedziawszy, mało go to obchodziło. Niestety, zaczął się tego domyślać w ciągu kolejnych dni.
Już przy drugim śniadaniu w Hogwarcie, wydarzyło się coś niezwykłego. Wśród nadlatujących sów, Syriusz rozpoznał jedną, która z całą pewnością przyleciała z Hodowli Skrzydlatych Koni Blacków. Po chwili puchacz upuścił przed nim kopertę i natychmiast odleciał.
Mocno wstrząśnięty tym Syriusz szybko otworzył list i omal nie spadł z ławki na widok pospiesznego pisma swojego ojca:
Synu,
myślałem, że wpadniesz na pomysł, aby po Ceremonii Przydziału napisać mi,
do którego z domów trafiłeś. W końcu po to kupiłem Ci Persefonę, aby
wiedzieć co się u Ciebie dzieje. Na szczęście, poinformowała mnie o tym
ciotka Druella, której doniosła o wszystkim Andromeda.
Niestety, Druella była tak wstrząśnięta tą informacją, że doniosła o tym także
Twojej matce. Oczywiście Walburga nie przyjęła tego z taką dozą poczucia humoru jak ja (uzdrowiciele zaczęli odstawiać jej eliksiry uspokajające).
Spodziewaj się więc od niej niezbyt przyjemnego listu.
Życzę owocnej nauki,
Tata
Syriusz uśmiechnął się w duchu. Uwielbiał doprowadzać matkę do szału - choć uzdrowicielom oczywiście serdecznie współczuł. Ponad to, nawet nie myślał, że otrzymanie listu od ojca tak go ucieszy. Głupio by się czuł, gdyby do wszystkich jego kolegów przychodziły z domu przesyłki, a do niego nie.
Poza złowróżebnym listem od ojca, resztę dnia, Syriusz mógł uznać za dość udaną. Tuż przed drugim śniadaniem pierwszoroczni Gryfoni mieli transmutację. James był więc w znakomitym nastroju i miał mnóstwo fantastycznych pomysłów na to, jak można urozmaicić ich pobyt w Hogwarcie. Młody Black chętnie z miejsca przystałby na wszystkie. W końcu szkoła nie jest tylko od tego, aby uczyć, ale też po to, aby bawić.
Wyglądało jednak na to, że profesor McGonagall jest zgoła odmiennego zdania. Na swoich zajęciach wymagała absolutnej ciszy i posłuszeństwa. Śmiechy były więc niewskazane. Zaledwie usadowili się w ławkach, oznajmiła wszem i wobec, że ktokolwiek odważy się zakłócić spokój na jej lekcjach opuści klasę na wieczne czasy. Oświadczenie to wybitnie spodobało się Krukonom, którzy wybitnie byli ukierunkowani na zdobywanie wiedzy. Także Gryfoni szybko przekonali się, że bezwzględne skupienie, będzie na transmutacji konieczne. Już samo przepisanie skomplikowanych zasad tej sztuki było dość trudne dla "nienależycie ułożonych umysłów".
- Chciałbym widzieć jak z zapisaniem tych regułek poradził sobie Smarkerus - szepnął James do Syriusza, gdy zbierali swoje rzeczy. - Pewnie tłuszcz na jego włosach zaczął skwierczeć.
- Ślizgoni mają pierwszą transmutację jutro rano. Jak jesteś taki ciekawy wstań wcześniej i się przekonaj - rzuciła w ich stronę siedząca na końcu Mortycja. - Aurora, idziemy!
Obie dziewczyny szybko opuściły klasę.
- Obrończyni uciśnionych się znalazła - rzucił za nią chłopak. - Swoją drogą, ciekawe dokąd im tak spieszno.
- A bo ja to wiem - odpowiedział Syriusz. - Może do kibelka ją pogoniło...
- Chyba Aurorę ze stresu przed obroną...
Tak naprawdę Syriusz nie widział nic stresującego w obronie przed czarną magią. Profesor Lanpori może i była wymagająca, ale na pewno nie tak jak McGonagall. Być może miała chłodny sposób bycia, co rozpieszczonej Aurorze na pewno nie pasowało, ale jak sama powiedziała, jest w szkole po to, aby ich nauczyć bez emocji i bez strachu stawać oko w oko z czarną magią. Syriusz za to miał zamiar udowodnić jej i sobie, że jest w stanie to opanować.
W trakcie przerwy na drugie śniadanie James i Syriusz odkryli w sobie także inny talent, a zarazem wspólne hobby, które na najbliższe lata miało ich połączyć długą i serdeczną przyjaźnią, a mianowicie... talent do pakowania się w kłopoty. W końcu zejście na parter dla pierwszorocznych uczniów nie było taką łatwą sprawą. Błądząc po korytarzach Hogwartu w towarzystwie Remusa i Petera, którzy przyłączyli się do nich w bliżej nieokreślonym momencie, nie wiadomo kiedy dotarli do wypełnionej trofeami sali:
- Nie zaszkodzi nam się tutaj chwilę rozejrzeć - oznajmił Remus, zdaniem Syriusza od pierwszego dnia zapowiadający się na głównego kujona roku.
- A ja bym stąd spadał i to jak najprędzej - mruknął James. - Póki nie ma tutaj mojego nazwiska Sala Pamięci guzik mnie obchodzi.
Był to dobry plan, ale nie do końca. Zaledwie opuścili pomieszczenie, dało się słyszeć ogłuszający trzask, a tuż przed nimi pojawiła się spasiona kotka woźnego. Jej potężne: "Miaaaaał", spowodowało, że zza załamania korytarza natychmiast wyłonił się Filch...
- Co wy tutaj... - wydyszał, pędząc do Sali Pamięci. W następnej chwili wybiegł stamtąd z miną rozwścieczonego buchorożca.
Nie wiadomo czy na ich szczęście czy na nieszczęście, zanim zdążył ich zamordować, tuż przy nich pojawiła się profesor McGonagall
- Oni... - wysapał Filch na ich widok. - Oni potrzaskali Puchar Gargulków!
Wargi profesor McGonagall zwęziły się niebezpiecznie.
- Ukarać! Ukarać dla przykładu! Cała podłoga zapluta! - darł się tymczasem woźny.
- To nie my! - zareagował instynktownie James.
Była to jedyna logiczna linia obrony, jaka przychodziła do głowy wszystkim chłopcom.
- Cisza panie Potter! Ty też Filch! Jesteś pewny, że...
- Widziałem jak stamtąd wychodzili! - Filcha prawie się popłakał.
- Który z was to zrobił? - zapytała profesor McGonagall, jakby wyssane z palca zeznanie woźnego jednoznacznie stanowiło o ich winie.
- Żaden! - ryknęli chórem.
- Przecież James powiedział pani profesor, że to nie my - dodał Syriusz.
- Tak, samo spadło - skwitowała McGonagall, ciężko oddychając. - A więc dobrze. Jesteście na pierwszym roku... Dopiero zaczynacie... Jesteście w Gryffindorze... Skoro żaden z was się nie przyznaje... Jestem zmuszona odebrać Gryffindorowi po dziesięć punktów za każdego z was.
Syriusz już nabrał powietrza, aby coś powiedzieć, gdy profesorka mu przerwała:
- I proszę natychmiast zejść na dół na drugie śniadanie. Zadowolony, Filch?
- A szlaban? - wymamrotał pod nosem woźny.
- A nie przesadzasz odrobinę? To tylko dzieci... Poza tym, jestem przekonana, że ten puchar da się naprawić...
- Ale podłoga sama się nie oczyści - mruknął Filch.
- A nie dałoby się tych punktów zamienić na szlaban?
- Cicho bądź Remus! - przerwał Lupinowi Syriusz.
- Do widzenia. Do widzenia. Miłego dnia pani profesor. - James chyłkiem się wycofywał, kłaniając się nisko opiekunce Gryffindoru i ciągnąc Remusa za szatę.
Syriusz postanowił jak najszybciej wziąć z niego przykład, a Peter ruszył za nimi. Spokój Pottera był jednak pozorny.
- To była jawna niesprawiedliwość! - wybuchnął, gdy znaleźli się na schodach prowadzących w dół.
- To dlaczego nie próbowałeś jej wytłumaczyć, że to nie my, tylko się zmyłeś? - naskoczył na niego Remus.
- A co? Może chciałeś, żeby odjęła nam więcej punktów? - zapytał z ironią James. - Nie drażni się śpiącego smoka, a widać, słowo tego idioty jest tutaj prawem. Ale jeszcze mu się odwdzięczę. Jemu i tej jego parszywej kocicy.
- Tak? A jak chcesz to zrobić? - Zapytał Syriusz z błyskiem w oku. W jego głowie pomału klarował się niezły plan...
Następnego dnia przy śniadaniu, wydarzyło się jednak coś, co na pewien czas kazało mu porzucić myśli o słodkiej zemście. Zdarzenie z Filchem tak go zaabsorbowało, że zupełnie zapomniał o otrzymanym od ojca ostrzeżeniu.
Kiedy do Wielkiej Sali wleciała jak co rano cała chmara sów dostarczających pocztę, udał, że bardzo zainteresowała go zawartość jego talerza i nie zaszczycił ich ani jednym spojrzeniem. Głowę podniósł dopiero w momencie, gdy odkrył, że za rękaw ciągnie go Peter z przerażoną miną.
Przed nim siedziała ich prywatna sowa. W dziobie trzymała czerwoną, pulsującą kopertę.
- Ooo, wyjec - zauważył Syriusz, uśmiechając się z ironicznie. - Na pewno od mamusi.
Nie pomylił się. Zaledwie odwiązał kopertę, puchacz schował się pod stół. Syriusz ostentacyjnie otworzył kopertę i po Wielkiej Sali potoczył się czarujący wrzask Walburgi Black:
SYRIUSZU BLACK!
TY PLUGAWY MUGOLU WCIŚNIĘTY W SZATY CZARODZIEJA! ZHAŃBIŁEŚ NASZĄ
SZANOWNĄ RODZINĘ! CZY BAHANKI DO RESZTY PRZEŻARŁY CI MÓZG, ABY
DAĆ SIĘ PRZYDZIELIĆ DO GRYFFINDORU?! NIE JESTEŚ GODNY NOSZENIA
NAZWISKA BLACK TY GRYFONII PODRZUTKU! TY BĘKARCIE TROLI, TY
ZDRAJCO KRWI, WORKU SMOCZEGO ŁAJNA! OBCHODZISZ MNIE TYLE CO
STARE GACIE MERLINA! CO ZA HAŃBA! CO ZA WSTYD! CO LUDZIE
POWIEDZĄ?!
Krzyki ucichły i w sali zapanowała cisza. Syriusz uśmiechnął się szeroko. Nie spodziewał się, że matka zna takie wyzwiska.
- A ja się zastanawiałem jak to zrobić, żeby nikt nie zapomniał o tym, że syn Blacków trafił do Gryffindoru - powiedział w końcu. - Teraz sprawa załatwiona. No, co tak patrzycie? Opuszczamy przyjęcie, zdaje się, że za piętnaście minut mamy zaklęcia.
Wszedł do sali wejściowej cały rozpromieniony. I pomyśleć tylko! Dzięki własnej matce...
tagi: