Powrót

Pierwsze koty za płoty

środa, 21 grudnia 2011, 00:54
Mimo wcześniejszych zapowiedzi, następnego dnia sprawa Andromedy musiała zejść na drugi plan. Również rano Peter nie uznał za stosowne zaszczycić ich choć jednym słowem powitania, jakby po wejściu do pokoju wspólnego ktoś go zaczarował, James zaczął nawet sugerować, że to na pewno sprawka Mortycji.
- Daj spokój - uciął w końcu Syriusz. - Do tego potrzebne są potężne zaklęcia. Nawet ona ich nie zna.
Nie zmieniło to faktu, że Peter wciąż beznamiętnie grzebał w swojej owsiance.
Na próby przesłuchania kolegi, poświęcili cały poranek i przerwę na drugie śniadanie. Był to jednak taki sam wysiłek, jak próba wyciągnięcia czegoś od niewymownego z Departamentu Tajemnic - całkowicie bezsensowne i bezowocne. Ponieważ ani młody Black, ani tym bardziej młody Potter nie należeli do osób, które łatwo się poddają, postanowili sięgnąć po bardziej wyszukane sposoby. Chęć pomocy koledze nie miała z tym nic wspólnego, byli po prostu coraz bardziej ciekawi, co Peter ukrywa.
Po dłuższej dyskusji James został wysłany na misję wywiadowczą do Aurory. Syriusz nie widział większej przyjemności w rozmowach z wychuchaną panienką z dobrego domu, która była tak idealna, że aż nudna, choć przyjaciel przez dłuższą chwilę bronił kuzynki:
- Ty ją po prostu za mało znasz - tłumaczył gorączkowo. - Na pewno lepiej byśmy się z nią bawili niż z Peterem niemową.
Peter właśnie bez zainteresowania przerzucał strony "Proroka Codziennego":
- Idź już do niej - warknął Syriusz. James pierwszy raz tak bardzo go irytował.
- A jak znów będzie z nią Mortycja?
- To... to jej powiesz, że siostra jej szuka. Przynajmniej McGonagall też czymś się zajmie - wymyślił naprędce. - Idź wreszcie.
- Dobra, dobra, już się tak nie gorączkuj.
Na umoralniające przemowy mu się zebrało, myślał Syriusz, gdy James w końcu zszedł mu z oczu. Za długo musiał wykonywać polecenia innych, żeby teraz młodszy kolega nim manipulował. Jeśli nie ma ochoty z kimś rozmawiać, to nie będzie.
Niedługo potem to James miał powody, żeby się na niego wściekać.
- Wiesz gdzie musiałem wejść?! - ryknął od progu dormitorium, rzucają w kolegę swoją tiarą.
- No gdzie? - zagadnął Syriusz z szelmowskim uśmiechem.
- Do toalety dla dziewczyn! Tylko tam ją można spotkać samą. I nie uśmiechaj się tak głupio, bo wyglądasz jak twój ojciec – dodał, zanim Syriusz zdążył ryknąć śmiechem.
- A dowiedziałeś się czegoś? - zapytał, upewniwszy się wcześniej, czy przyjaciel nie ma pod ręką czegoś, czym mógłby znowu w niego rzucić.
- Nie, niczego - odparł James obrażonym tonem. – Rozmawiały wtedy o liście, który Aurora dostała z domu i innych bzdurach.
- A gdzieś ty właściwie widział mojego ojca? – młody Black zadał kolejne pytanie, które nie dawało mu spokoju.
- W "Proroku Codziennym". Udzielił całkiem sporego wywiadu. Weź od Petera i sobie poczytaj. I daj mi w końcu święty spokój. Chcę w ciszy odzyskać równowagę po tej zniewadze, jakiej między innymi przez ciebie dostąpiłem.
I w tym momencie na Syriusza poleciała cała zawartość kufra Pottera, w którym ten uparcie czegoś szukał.
- Jasne, jeszcze ty się przestań odzywać - mruknął Syriusz. - Niedługo będziemy mogli założyć klub Milczących Pigmejów.
James nic nie odpowiedział na tę jawną prowokację. Egocentryczny, zapatrzony w siebie bubek. Wydaje mu się, że jest pępkiem świata, myślał ze złością Syriusz, obserwując, jak młody Potter wertuje strony "Quidchitcha przez wieki". Tymczasem na usta cisnęły mu się słowa, jakich do tej pory używała tylko jego matka.
I tym sposobem przyjaźń dwóch pierwszorocznych uczniów miała ogromną szansę się zakończyć, gdyby nie to, że tego samego dnia wrócił Ramus. Nie wyglądał najlepiej, ale wydawał się tryskać dobrym humorem, tak potrzebnym do rozładowania napiętej atmosfery. Co prawda zaledwie zdążył przywitać się z kolegami, gdy zjawiła się pani Pomfrey, która najwyraźniej lubiła mieć pacjentów w swoim skrzydle szpitalnym i zażądała, aby Remus poddał się całodziennej kwarantannie po pobycie u chorej babci. Gdy tylko wieczorem wrócił do wieży Gryffindoru, od razu mógł przystąpić do prowadzenia mediacji między zwaśnionymi stronami. Ponieważ wykazał się przy tym ogromnym talentem pedagogicznym, Syriusza i Jamesa, znów działający wspólnie, nasłali go na Petera. Na pozór cichy i niewiele znaczący kolega z dormitorium już teraz okazał się być osobą niezbędną do scalenia całej grupy. Niestety, z Pettigrew nic nie wyciągnął.
Peter przez cały weekend snuł się za nimi jak blade widmo i był jeszcze bardziej denerwujący niż wcześniej, gdy zamęczał ich pytaniami i utyskiwaniami, że jest zmęczony i chce wracać do dormitorium. Teraz milczał i jakby owładnięty zaklęciem Imperio wykonywał wszystkie polecenia. Syriusz był prawie pewny, że gdyby kazali mu wyskoczyć przez okno, zrobiłby to bez zawahania. Szkoda, że na zewnątrz wciąż wiało i padało, bo może udałoby się go zgubić i choć przez chwile odpocząć od tak meczącego towarzystwa.
Swoją mocno naciąganą hipotezą na temat zaklęcia Imperio, Syriusz miał okazję podzielić się z przyjaciółmi dopiero w niedzielny wieczór, gdy w wyludnionym pokoju wspólnym głowili się nad zadaniem z obrony przed czarna magią. Była to mozolna i, zdaniem młodego Blacka, bezsensowna praca. Lanporii i tak nigdy nie była zadowolona. Nie lubiła wiedzy książkowej i jedyną rzeczą, za którą można było ją lubić było to, że jednym zdaniem potrafiła ośmieszyć i zbić do parteru, długie i zawiłe, na pamięć wyuczone wypowiedzi Smarkerusa.
- Co to jest to Imperio? - zapytał James.
- Zaklęcie Niewybaczalne - wyjaśnił Syriusz, w końcu w domu można było usłyszeć dużo ciekawych, niekoniecznie odpowiednich dla jedenastolatków rzeczy. - Użyjesz takiego i lądujesz w Azkabanie. Latem "Prorok Codzienny" rozpisywał się na ten temat.
I w tym momencie zauważył, że Peter wykazał pewne oznaki zainteresowania.
- Jedyny artykuł jaki mnie w wakacje zainteresował był o twojej matce i... - powiedział tymczasem James.
- Tak, tak, wiem - przerwał mu Syriusz. - Walburga Black i latająca miotła. Gdybym na ten temat napisał powieść zbiłbym majątek.
- Zaklęcie Niewybaczalne nie tak łatwo rzucić - wtrącił szybko Remus. Ciekawe, skąd on to wiedział. - Moim zdaniem Peter ma po prostu depresję. Jest daleko od rodziny w nowym miejscu.
- Co to jest depresja? - zapytał James.
- Uczucie podobne do tego, jakie odczuwa czarodziej, który znajduje się w pobliżu dementora.
Dementorzy byli strażnikami Azkabanu, wiezienia dla czarodziejów. Rozsiewali wokół siebie smutek i zwątpienie. Wuj Alphard nie uważał za ludzkie i stosowne zatrudnianie ich na tym stanowisku, ale nawet jako Szef Departamentu Przestrzegania Prawa nic nie mógł zrobić. Społeczność magiczna w ten sposób czuła się bezpieczniej, uważali, że czarnoksiężnicy nie tyle boją się zamknięcia w murach twierdzy, co ich bliskiej obecności.
- Twoja wiedza z dziedziny czarnej magii jest wręcz zniewalająca - podsumował.
- A ja mam inna hipotezę - wtrącił James, który znudzony odrabianiem pracy domowej skupił uwagę na kawałku pergaminu, wyciągniętym z podręcznika. - Posłuchajcie tylko: ..I Daniela wścieka się też o artykuł Barbry Pettigrew, wysławiający pana Lockharta. Twierdzi, że to niemożliwe, aby tak bez powodu ktoś wychwalał go pod niebiosa. Chyba, że go za dobrze nie zna, co Barbry Pettigrew nie dotyczy. I w tym miejscu kazała przypomnieć, że masz trzymać się z dala od jego syna.... Dalsza część nie jest już ważna.
- Skąd ty to... - zaczął Syriusz.
- Czy to nie jest prywatna korespondencja Aurory? - zapytał Remus, bacznie przyglądając się leżącej obok kopercie.
- A tak. - James wyszczerzył zęby. - Pożyczyłem od niej książkę, bo swoją gdzieś zostawiłem i to tam było. I nie patrz tak na mnie - warknął do Remusa. - Postanowiłem przeczytać, bo muszę wiedzieć, co w trawie piszczy. Z naszej dwójki to ja jestem mężczyzną i powinienem o nią dbać. A ona nic mi nie mówi, w każdym razie, założę się, że o tym właśnie rozmawiała z Mortycją, jak weszliśmy do wieży. Zaś moja cioteczka zapewne wszystko ubrała w mocniejsze słowa, niż napisał wujek. Na przykład, że "romansują" albo "przespał się z nią". I Peter jest zazdrosny, o!!
James był tak dumny z siebie, jakby co najmniej odkrył lek na likantropię. Podczas gdy Potter zaczął się rozwodzić nad sprzeczkami swojej ciotki z panem Lockhartem (które zdaniem Syriusza nie były nawet w połowie tak ostre jak awantury Walburgi Black i jej męża), Peter powoli wstał i powłócząc nogami powlekł się do dormitorium. Wyglądało na to, że James utrafił w sedno.

Początek tygodnia przyniósł ze sobą ładniejszą pogodę i nowe szkolne pogłoski. Podczas śniadania do Wielkiej Sali wpadła jakaś rozchichotana dziewczyna i zerkając, czy wszyscy to widzą poinformowała kapitana drużyny quidditcha, że w nocy do zamku przybył nauczyciel latania. Ten zerwał się natychmiast z miejsca i tyle go widzieli.
Do popołudnia w Howgarcie huczało już od plotek, jaką to wielką osobistością jest nowy profesor. To, że uczył się na jednym roku z Albusem Dumbledorem było niczym w porównaniu z tym, że trenował zawodową drużynę quidditcha i sam grał w reprezentacji na Mistrzostwach Świata. Na pytanie w reprezentacji "czego" nikt nie potrafił odpowiedzieć, ale najczęściej wymieniano Anglię i Walię, choć Syriuszowi udało się też posłuchać, jak jakiś Puchon opowiada swojemu koledze o Szkocji i sugeruje, że nawet dzisiaj profesor paraduje w kilcie w kratę. Sądząc zaś po siwej czuprynie, która między zajęciami mignęła gdzieś wśród tłumu uczniów, Syriusz najpewniej uznałby go za Irlandczyka.
Podczas kolacji James oddawał się marzeniom:
- A ja jestem zdania, że to nasz wujek Jack - zasugerował.
- Jaki znowu wujek Jack? - Bez większego zainteresowania zapytał Syriusz. Dywagacje na temat nowego profesora pomału go nudziły .
- Sąsiad Aurory - wyjaśnił James. - Fajny gość. Czasami z nami zostawał w wakacje. I był na roku z Dumbledorem. Opowiadał, że Dumbledore na pierwszych zajęciach z latania obserwował miotłą prosto w nos.
- Chyba żartujesz - przerwał mu Syriusz.
- A niby dlaczego ma nos tak połamany, co? - James nie lubił, gdy ktoś nie przyznawał mu racji. - Poza tym wujek Jack był kapitanem Katapult z Caerrphilly.
- Czyli jednak Walia - podsumował Remus, jakby to przesądzało sprawę.
- Jak chcesz możemy się założyć, że to nie on - mruknął Syriusz.
- Stawiam galeona - powiedział James.
Podali sobie ręce i...
- Hej, Aurora! - wydarł się Potter na całą Wielką Salę. - Chodź tutaj i zjedz z kuzynem kolację jak należy!
Syriusz szybko spojrzał w tamtą stronę. Ładnie mu się James przysłużył. Nie dość, że będzie musiał jeść jak przykładny chłopiec, żeby przypadkiem nie urazić szanownej panny Sinistry, to jeszcze w towarzystwie Mortycji. Czy James nie mógłby swoich rodzinnych spraw załatwiać z dala od niego?
Ale Mortycji przy niej nie było, Aurora podeszła tylko z Dorcas i Lily.
- A gdzie masz swoją właścicielkę? - Syriusz nie mógł się powstrzymać.
- Jeśli myślisz, że Mortycja mówi mi dokąd się wybiera, to grubo się mylisz - odpowiedziała wyniośle Aurora, ale i tak cudem było, że w ogóle się odezwała.
Jednak na jej właścicielkę długo nie trzeba było czekać. Mortycja weszła do Wielkiej Sali w podejrzanie dobrym humorze, roześmiana od ucha do ucha.
- Gdzieś ty była? - Aurora zareagowała tak gwałtownie, że Syriusz aż podskoczył. - Już się bałam ... I co ci tak wesoło?
Mortycja zareagowała na to napadem śmiechu. Syriusz byłby gotów założyć się, że jest to reakcja na to, że Aurora w ogóle potrafi mówić, a do tego kogoś opierniczyć, gdyby nie to, że młodej McGonagall w końcu udało się w miarę opanować i wykrztusić:
- Gilderoy Lockhart zleciał z miotły. Zgłosił się na obrońcę Puchonów i na sprawdzianie zleciał!
James ryknął śmiechem prosto w ucho Syriusza. On sam, gdy oczami wyobraźni zobaczył spadającą, puchońską postać, również dostał ataku nieposkromionej głupawki. Jednak kiedy jego wzrok natrafił na oburzoną minę Aurory, od razu udało mu się opanować, zaczął szarpać za rękaw Jamesa, żeby i on się przymknął, bo panna Sinistra niby taka spokojna, też mogła mieć poltergeista za skórą.
- Ale nic mu się nie stało? - zapytała, gdy ucichli.
- Ależ skąd. - Mortycja otarła łzy rozbawienia. - Przez te deszcze boisko tak rozmokło, że tylko porządnie wbił się w błocko.
Syriusz o mały włos nie spadł ze swojego miejsca. Już nic nie było w stanie go powstrzymać. Ryczał ze śmiechu i leżąc na stole, walił w niego rękoma. Mortycja dalej coś opowiadała, ale niewiele z tego słyszał. Docierały tylko takie urywki zdań jak "rąbnął głową", "skrzydle szpitalnym", "rodziców" i "szkockiej reprezentacji quiddicha". I w tym momencie dosłyszał również dziewczęcy śmiech, nie należący do Mortycji. Podniósł na chwilę głowę i zobaczył, że chichoczą Lily i ... Aurora.
W sali wejściowej rozległ się trzask gwałtownie otwieranych drzwi i huk oznaczający ostre ich zamknięcie. Za oknami potoczył się czyjś jęk. Syriusz i James spojrzeli na siebie i natychmiast ruszyli w tamtą stronę. W końcu jak gdzieś jest draka to najlepiej zająć miejsca w pierwszym rzędzie. I tak przegapili już całkiem ładny spektakl na stadionie quidditcha.
Syriusz stanął jak spetryfikowany, gdy zobaczył kogo przygnało do Hogwartu. Przez salę wejściową biegła bardzo wzburzona Viola Lockhart, a stukot jej obcasów rozchodził się echem po korytarzach. Profesor Clavius usiłował ją dogonić, ale jedyne co udało mu się na razie osiągnąć, to kilkakrotne przydepnięcie powiewającej za nią granatowej peleryny. Gdy dotarli do schodów, drzwi wejściowe się otwarły i stanął w nich jakiś mężczyzna. Włosy miał w nieładzie i ogólnie wyglądał, jakby spał pod mostem. Wniósł ze sobą jednak zapach jakiejś mocnej wody kolońskiej.
- Viola! - ryknął, trzymając się za nos. - Za co to było?
- Mówiłam, mówiłam ci przecież, żebyś nie kupował mu miotły! - Zatrzymała się i wycelowała w niego różdżką.
- Ale....
- Lepiej wiem co jest dobre dla mojego syna. Pomijając ojca niedojdę, którego nieopatrznie mu wybrałam.
James zrobił wymowną minę - bardzo przypominał teraz chochlika kornwalijskiego, chciał coś powiedzieć do Syriusza, ale w tej samej chwili z różdżki Violi Lockhart wystrzelił snop iskier i podpalił brzeg szaty mężczyzny, który musiał być jej byłym mężem. Chłopcy z uwagą śledzili dalszy rozwój wypadków.
- Pani Lockhart, bardzo proszę niech się pani opanuje! - zawołał profesor Clavius. Śmiał się jednak pod nosem, obserwując jak mężczyzna depcze po szacie, usiłując ugasić ogniki.
Wśród uczniów również rozległy się chichoty, gdy pan Lockhart spojrzał z wyrzutem na byłą żonę, stojącą z miną zadowolonego z siebie goblina.
- Państwa synowi raczej nic złego się nie dzieje. - Profesor Clavius próbował w normalny sposób wykonywać swoje obowiązki opiekuna domu. - Zawiadomienie państwa było czystą formalnością, sama pani zobaczy. Panie Lockhart, pozwoli pan, że nastawię panu nos?
Użył jakiegoś sprytnego zaklęcia i nos reżysera odzyskał normalny wygląd.
- I niestety się udało - mruknęła Viola Lockhart, rzucając mu ostatnie mordercze spojrzenie i ruszyła dalej, prawdopodobnie do skrzydła szpitalnego.
Profesor Clavius i pan Lockhart popatrzyli na siebie z nietęgimi minami i poszli za nią.
- Mówiłem, że lepiej będzie wezwać tych dwoje osobno. - Rozległ się za nimi rozbawiony głos Albusa Dumbledora. - Ale ty, Minerwo się uparłaś.
Peter tym czasem stał skamieniały, zaciskając pięści i wpatrywał się w miejsce, w którym jako ostatni zniknął pan Lockhart.
- Ja mu zaraz... ja zaraz... - mamrotał pod nosem.
Syriusz uznał to za oznakę poprawy jego zdrowia psychicznego. Oznaczało to, że wraca mu zdolność artykulacji myśli.
- Peter, daj spokój - szepnęła Aurora. Syriusz aż podskoczył, już dawno zapomniał o jej obecności. - Chodźmy do pokoju wspólnego i opowiedz nam w końcu co cię dręczy.
- Nie ma sensu, Auroro - odpowiedział jej młody Black, naprawdę starający się stworzyć pozory uprzejmego. - Remus już z tysiąc razy próbował. Nic do niego nie dotarło.
Nie było jednak sensu stać tutaj dalej, gdy wszyscy pozostali uczniowie zaczęli rozchodzić się w właściwych sobie kierunkach. Całą grupą ruszyli więc do wieży Gryffindoru.
- Nie rozumiem tego zakazu wystawiania spektakli w Hogwarcie. Ludzie tutaj potrzebują rozrywki. Widziałeś, jaka widownia się zebrała? - powiedział James, gdy Mortycja zaczęła wykładać Remusowi, dlaczego droga do góry, którą ona wybrała jest lepsza od tej, którą on chciał ich poprowadzić.
- Nic nie słyszałem o takim zakazie - mruknął nieco rozkojarzony Syriusz.
- A widzisz? A jednak istnieje - zaśmiał się James. - Książki trzeba czytać.
- I kto to mówi? - zakpił Syriusz. - W każdym bądź razie muszę uprzedzić swojego wujka, że z Violą Lockhart nie należy się rozstawać, bo ma się potem złamany nos.
James zatrzymał się tak nagle, że wpadła na niego Lily Evans.
- Uważaj, jak chodzisz - naskoczył na nią, bądź co bądź należało jej się, jednak nie uznała za stosowne go przeprosić, choć kilka dni temu sama się tego od nich domagała. Zamiast tego szybko schroniła się w pobliżu Aurory.
- Chcesz mi powiedzieć, że jakiś twój wujek i ta Lockhart, że oni.....
Syriusz ostro przytaknął:
- Ściślej mówiąc wujek Alphard.
- To dlatego wiedziałeś, która to jest ta na zdjęciu! - Potter walnął dłonią w czoło. - I nic nie powiedziałeś?!
- Nie widziałem w tym większego powodu do chwały.
I tak przyjął to dużo lepiej niż można się tego było spodziewać. Chyba, że jeszcze nie poskładał faktów do końca i nie dotarło do niego, że wuj Syriusza spotyka się z matką niezbyt lubianego przez niego kolegi. James podrapał się w głowę:
- Myślisz, że jak oni się spichną, to będziemy rodziną? - zapytał.
Tuż obok nich rozległo się pogardliwe prychnięcie Mortycji. Patrzyła na nich z takim politowaniem, jakby uczyli trolle tańczyć. Syriusz zignorował ją:
- Kto?
- Twój wujek z tą Lockhart.
- A niby dlaczego?
- Skoro Viola Lockhart jest pierwsza żoną pierwszego męża drugiej żony mojego wujka....
- Że jak?! - Syriuszowi aż zakręciło się w głowie od tej wyliczanki. - Ty chyba musisz być czystej krwi...
- Nigdy temu nie zaprzeczyłem - zaśmiał się James. - A o swojego wujka się nie martw.
Myślę, że to po prostu obecność Lockharta tak działa na jego byłe żony. Macocha Aurory też by go najchętniej z miejsca wykastrowała jak psidwaka, a całkiem sympatyczna z niej kobitka.
- Aurora ma macochę? - Syriusza zamurowało.
- A no ma, ciocia Geraldine, zginęła w zeszłym roku.
Nagle Syriusz poczuł się bardzo głupio. Spojrzał na drobną czarnowłosą postać Aurory Sinisrty. Szła za nimi milcząca, jakby nieobecna. Wcześniej nigdy by nie pomyślał, że mogła ją spotkać jakaś tragedia i to stosunkowo niedawno. Chociaż, gdyby to jego matka....
- Kuradomestica - Mortycja podała Grubej Damie hasło.
Pokój wspólny, jak zawsze był zatłoczony. Mortycja, ze swoim tupetem, znalazła im oczywiście jakieś wolne miejsce w pobliżu okna. Szybko okazało się, że siedząc wszyscy razem, pierwszoroczni Gryfoni nie maja o czym rozmawiać. Każdy miał swoje towarzystwo i własne tajemnice, których przed tymi drugimi ani myślał zdradzać. Siedzieli milcząc, a jeden wpatrywał się w drugiego.
- Może weźmiemy się za zadanie z obrony przed czarna magią... - zaczęła Lily Evans.
- Myślałam, że mamy popracować nad problemami emocjonalnymi Petera - odrzuciła jej propozycję Mortycja.
Od dawna po cichu mówiło się, że kategorycznie odmawia odrabiania prac domowych, twierdząc, że to lekcje są od tego, żeby ich nauczyć.
- Albo lepiej nad nadmiernym traceniem punktów przez niektóre z obecnych tu osób - dodała.
- Pilnuj własnego nosa - przerwał jej natychmiast Syriusz.
Mortycja już miała odpłacić mu czymś równie miłym, gdy:
- Dajcie spokój - warknęła Aurora, prawdopodobnie narażając się tym na porządną burę od przyjaciółki, gdy zostaną same. - Syriuszu, czy mógłbyś pożyczyć mi sowę?
Spojrzał na nią, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Dopiero po chwili zaczęły docierać do niego poszczególne słowa: sowę... pożyczyć.
- Po co ci? - Sam nie wiedział, kiedy te słowa wypłynęły z jego ust.
- Pewnie chce ją upiec na ruszcie i zjeść - odpowiedział za nią James. - Wiesz kolacja nie była zbyt obfita.
- Nie o to mi chodziło - zaczął tłumaczyć się Syriusz. - Chodzi o to, że przecież masz dwie własne sowy – zwrócił się do Aurory.
- I żadna nie dostarczy mojego listu. - Aurora bezradnie rozłożyła ręce, a Syriusz zaczął się śmiać. Sytuacja była wręcz absurdalna.
- Jak chcesz to bierz - powiedział w końcu. - Przynajmniej się gdzieś przeleci. Ja nie, wysyłam listów.
O nic więcej nie zapytała. Zebrała swoje rzeczy i powędrowała w stronę dormitoriów dziewcząt.
Mortycja patrzyła za nią, aż nie zniknęła im z oczu.
- Skoro już jesteśmy przy sowach Aurory, to mamy do pogadania - powiedziała tonem bardzo przypominającym ton siostry. - Wkurzają mnie te rozbestwione ptaszyska i mam zamiar się ich stąd pozbyć.
- Ciekawe, jak chcesz to zrobić - zaśmiał się James. - Znając Izydę i Juratę, nie uda ci się ich zmusić do niczego na co nie maja ochoty. Konkurują ze sobą....
- Tak, konkurują ze sobą, jak moja siostra z Navarro, ale.....
- Co to jest Navarro? - zapytał nagle Peter, wprawiając wszystkich w głębokie zdziwienie.
- Teraz to nie ważne - warknęła Mortycja, której jak widać nic nie było w stanie wytrącić z równowagi. - W każdym razie...
- W każdym razie osobno się ich nie pozbędziesz - wtrącił znowu James. - Nie spuszczą z siebie oczu.
- Wiem o tym doskonale. I przestań mi w końcu przerywać, bo tracę cierpliwość - zrugała go Mortycja. - Trzeba je wysłać razem. I do tego potrzebna jest wasza pomoc. Niech każdy zorganizuje coś ciężkiego dla brata Aurory. Wpakujemy to do kartonu, zaklajstrujemy jak potrzeba i przytwierdzamy do nóg tym… A potem niech robią, co chcą. Chyba nie wymagam od was zbyt wiele?!
Wzruszyli ramionami. Pomysł był... dziecinnie naiwny. Syriusz spodziewał się po niej czegoś więcej.
- Myślę, że coś znajdziemy - szepnęła Lily. - A gdzie jest Dorcas?
- Obchodzi mnie to tyle, co stare gacie Merlina - rzuciła Mortycja. - Idę streścić wszystko Aurorze.

Rano Aurora i Lily zachowywały się bardzo dziwnie. Jakby całą noc nie spały. Kulminacją było zwolnienie ich przez profesora Slughorna z eliksirów, gdy stwierdził, że stanowią poważne zagrożenie na jego zajęciach.
- Ach, ta młodzież - wzdychał Ślimak, gdy opuszczały salę. - Tylko im nocne przygody w głowie.
Syriusz spojrzał na Jamesa, z wysuniętym językiem odmierzającego składniku eliksiru.
- Jak myślisz? - zagadnął. - Co one robiły?
- Bo ja wiem... - Potter próbował zwiększyć ogień pod swoim kociołkiem. - Może szukały Dorcas....
- Słyszałem, że Dorcas jest w skrzydle szpitalnym - szepnął Peter.
- O, proszę! - skwitował James.
Wizyta Lockhartów w Hogwarcie o tyle pomogło, że Pettigrew znów zaczął mówić. Nie zawsze mądrze, ale jakaś poprawa była.
- A co zamierzamy wysłać twojemu kuzynowi? - Zagadnął Syriusz, dorzucając do ważonego eliksiru ostatnie składniki.
- Upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu - odparł James, nie przestając mieszać w kociołku. - Odeślemy Juratę i Izydę, a przy okazji pozbędziemy się pani Norris.
- Co ty chcesz zrobić? - zaśmiał się Syriusz, ale w jego oczach już pojawiły się błysk zrozumienia.
- Wysłać ją do Llangefni - powiedział James, jakby to była normalna rzecz. - Jak Dominik się nią zaopiekuje, to odechce się jej łazić za uczniami - dodał z mściwą satysfakcją.
Nachylił się nad swoim kociołkiem i mocno pociągnął nosem:
- No i znowu klapa - skwitował. - Cuchnie jak stare skarpetki mojego ojca.
Do realizacji planu postanowili przystąpić od razu i wypełniło im to czas aż do astronomii, z krótką przerwą na kolację. Jak na złość, gdy pani Norris była potrzebna, to nigdzie nie dało się jej znaleźć. Typowa kocica! W akcie desperacji zaczęli nawet wymyślać psikusy, bardziej lub mniej łamiące szkolny regulamin. Nie bez problemów przeciągnęli niewidzialną linkę tuż nad podłogą przy pokoju nauczycielskim w nadziei, że któryś z profesorów wywinie orła, włamali się do klasy obrony przed czarną magią i napisali wiersz o Smarkerusie na tablicy, a nawet zamienili naklejki na środkach czyszczących Filcha, tak aby pierwszym którego użyje był środkiem czyszczącym Ericki Stainwright (swego czasu wybuchła wielka afera, gdy okazało się, że powodują one jeszcze większy brud). Wszystko jednak na nic, nikt ich nie przyłapał.

I nadeszła długo oczekiwana środa. James odkąd się tylko obudził mówił o lataniu i o miotle, którą zakupiła mu babcia, aczkolwiek zamknęła ją w swojej szafie, żeby przypadkiem nie próbował przemycić jej do Hogwartu. Zamilkł tylko na obronie przed czarną magią, bo profesor Lanpori była w wyjątkowo podłym nastroju. Oboje doskonale wiedzieli dlaczego, bo już z samego rana zwyzywała Filcha. Jedynie on miał zapasowy klucz, a ona nie po to zamykała swoją klasę, żeby na tablicy pojawiły się niepożądane napisy. Na lekcję przyprowadziła też swojego wilka, a oni nie mieli najmniejszej ochoty poznać się z nim bliżej.
Gdy dotarli do cieplarni na popołudniowe zajęcia z zielarstwa, wydarzyło się coś, co kazało im na chwilę zapomnieć o lataniu. Zastali tam całkowite pobojowisko. Nawet jedna z szyb była zbita, nie mówiąc już o zasłanej ziemią i szczątkami roślin podłodze. Wiele stołów było połamanych, półki zwisały bezładnie ze ścian, a zbiegowisko właśnie się rozchodziło.
- Na Merlina, co to było? - zapytał James.
- Bitwa Gryfona ze Ślizgonem - odparła spokojnie Mortycja, oparta o ścianę i zajadająca się winogronami.
Puchoni już zabierali się za porządkowanie pola bitwy.
- Na co czekacie? - naskoczyła na nich Mortycja. - Zabierajcie się do pracy.
Sama jednak nadal nic nie robiła. James zaczął przyglądać się zamaskowanym roślinom.
- Można tego spokojnie dotykać? – zapytał, wymownie patrząc na Remusa.
- Większości tak, ale diabelskich sideł bym unikał - wskazał na brązową roślinę, której pędy wiły się jak małe węże.
- A dlaczego?
- Bo jeśli nie wiesz jak sobie z nią poradzić, owija się wokół ciebie i poddusza - odparł Remus, przewracając oczami.
Syriusz przez chwilę wpatrywał się w roślinę:
- A jakby to podrzucić Ślizgonom do dormitorium? - powiedział.
W oczach Jamesa pojawił się błysk świadczący o tym, że w jego głowie formuje się wyjątkowy plan.
- Może nawet natknie się na nie Smarkerus... - wymruczał rozmarzony.
- Czy wyście obaj powariowali - naskoczył na niego Remus. Syriusz pierwszy raz widział go tak wzburzonego. - Przecież one mogą nawet kogoś udusić! I nie wiem dlaczego tak nie lubisz tego biednego Snape'a.
- Naruszył moje gryfońskie poczucie wspólnoty - odburknął James.
- Daj spokój, Remus - powiedział Syriusz. - Przecież to małe sadzonki. Nie zrobią nikomu najmniejszej krzywdy, a u Ślizgonów będą się czuły wyśmienicie.
I ponieważ Remus Lupin nie miał głosu decydującego, zabrali się za upychanie diabelskich sideł do torby Jamesa. Ku ich zdumieniu wcale nie było to takie proste, bo broniły się zażarcie. Tym bardziej, ze Peter był tak przerażony tym, co o nich usłyszał, że wolał trzymać się od nich z daleka. Lupin również był niezadowolony i choć oficjalnie ogłosił, iż uważa, że mają mózgi mniejsze od elfów, zgodził się przyjąć część podręczników Jamesa do swojego plecaka, gdy uznali że roślina potrzebuje więcej miejsca. Do Syriusza nie dotarła większość tematu, który starała się zrealizować profesor Sprout po powrocie ze skrzydła szpitalnego. Tak był pochłonięty tym, żeby żadna odnoga rośliny nie wyszła za światło dzienne.
Nareszcie lekcja dobiegła końca i już mieli opuścić cieplarnię, aby niebawem, już bez rzeczy wrócić na błonia na lekcję latania, gdy jeden z pędów diabelskich sideł, postanowił wysunąć się ze zwisającej z ramienia Jamesa torby. Syriusz natychmiast użył specjalnie do tego celu przygotowanego kija, aby umieścić go tam z powrotem, gdy wyminął go Remus, szepcząc:
- No i właśnie zarobiliście kolejny szlaban. Nie chciałbym mówić, że wiedziałem, że tak będzie.
Pociągnął za sobą Petera, aby jak najszybciej opuścić cieplarnię, a gdy James i Syriusz się odwrócili omal nie krzyknęli. Stała za nimi profesor Sprout. Zwykle uśmiechnięta i dobroduszna kobieta, w tej chwili wyglądała jakby miała zamiar rzucić na nich jedno z Zaklęć Niewybaczalnych. Nawet nie pozwoliła im dojść do słowa, aby chociaż mieli szanse wyłgać się jakimś naprędce wymyślonym, mocno naciąganym kłamstwem.
Wymyślała im przez dobre pół godziny, czyli pobiła rekord McGonogall, oświadczyła, że poinformuje o tym opiekuna domu i wlepiła im szlaban. Z wrażenia chyba zapomniała odebrać im punkty. Gdy wychodzili, zmęczona opadła na zydelek, łapiąc się za głowę.
James i Syriusz szybko się oddalili, postanawiając znaleźć Remusa i zrugać go za ucieczkę z miejsca zbrodni. Hogwart jednak miał to do siebie, że osoby poszukiwane w jakiś magiczny sposób znikały. Nie zdziwił ich więc fakt, że nigdzie go nie było. Koniec końców nie zdążyli nawet odnieść plecaków i po jednym rzucie oka na zegarki popędzili na lekcje latania.
- Witajcie - rozległ się męski głos, gdy tylko udało im się dobiec na błonia i byle jak rzucić plecaki na trawnik.
Wśród tłumu pierwszorocznych Gryfonów i Puchonów stał potężnie zbudowany, starszy jegomość. Długie siwe włosy rozwiewał mu wiatr. Jego jasnoniebieskie oczy wodziły po uczniach, tak jakby już oceniał który z nich, ma szanse zostać gwiazdą quidditcha.
- Wisisz mi galeona - szepnął James do ucha Syriusza.
O co chodzi przyjacielowi, zaczęło docierać do niego dopiero, gdy nowy profesor przywitał się bardziej serdecznie z... niektórymi uczniami.
- Dzień dobry, Aurorko - powiedział. - Cześć James. Jak ja się za wami stęskniłem, moje urwipołcie.
Zmierzwił starannie ułożone pukle Aurory Sinistry i sterczące na wszystkie strony włosy Jamesa. Potem przeszedł między nimi i stanął wśród pozostałych uczniów.
- Nazywam się Jack Slopper - przedstawił się dziarskim tonem, ostatecznie potwierdzając za co Syriuszowi przyjdzie płacić całego galeona. - Przez najbliższy rok wspólnie będziemy odbywać lekcje latania.
- Przez cały rok? - zapytał Vermut Abbott.
Profesor Slopper lekko się uśmiechnął.
- Chyba, ze wcześniej będziecie mieli mnie dosyć i napiszecie petycję do dyrektora z prośbą o natychmiastowe zwolnienie mnie ze stanowiska. Macie do mnie jeszcze jakieś inteligentne pytania czy możemy przejść do tematu zajęć?
- Którą z drużyn quidditcha pan trenował? - Davy Gudgeon postanowił wykorzystać okazję, aby zaspokoić swoja ciekawość.
- Katapulty z Caerphilly - odpowiedział profesor Slopper, potwierdzając tym samym prawdziwość kolejnych informacji Jamesa. - Odkąd przekroczyłem próg zamku wszyscy uczniowie mnie o to pytają. Za moich czasów w Hogwarcie takie wieści po szkole szybciej się rozchodziły.
- Jeszcze pan profesor się zdziwi - mruknęła Mortycja, a Syriusz dopiero teraz zobaczył, że stoi tuż obok niego. Nie wyglądała na szczęśliwą.
- Zobaczymy - podsumował Jack Slopper. - A teraz najwyższy czas, żeby zająć się przedmiotem naszych zajęć. Postarajcie się wybrać w miarę zdatne do użytku miotły.
Syriusz i James jako jedni z pierwszych zabrali się za przeszukiwanie tego cmentarzyska mioteł. Przyjrzał się kilku egzemplarzom, ale wszystkie były w podobnym, fatalnym stanie. Nie miało sensu zawracanie sobie głowy poszukiwaniem czegoś lepszego i narażanie swojego zdrowia i życia, spokojnie stojąc wśród uczniów wyrywających sobie kije i przepychających się dalej. Syriusz ostatecznie zwątpił w powodzenie swojej misji, gdy w ręce wpadł mu Dębowy Grom wyprodukowany blisko sto lat temu. Po szybkiej konsultacji z Jamesem postanowili zrobić jeszcze większe zamieszanie. Rzucili się na stos mioteł i na oślep zaczęli odrzucać je do tyłu. Nie robili nic złego, w końcu większość uczniów robiła to samo, tylko w dużo wolniejszym tempie, a teraz miotły wylatywały w powietrze jak z procy. Jedną z nich Syriusz chyba trafił prosto w twarz Aurory Sinistry, ale skoro James tego nie widział, nie było się czym przejmować. Kiedy profesor Slopper przerwał poszukiwania, Syriuszowi została w ręce Srebrna Strzała. Nie było się czym zachwycać, ale zawsze mógł trafić gorzej. Jeśli technicznie będzie tak sprawna, jak wyglądała z zewnątrz, ma duże szanse nie zrobić z siebie pośmiewiska.
Większość uczniów miała nietęgie miny, ale tylko Mortycja miała dość tupetu, aby wyrazić na głos co myśli.
- Dumbledore już dawno powinien sypnąć galeonami i zakupić nowe miotły - rzuciła kąśliwie. - Ja wiele nie wymagam, nie chcę najlepszych modeli, wystarczyłyby ot takie zwykłe nowe Meteory. Są tak tanie, że mógłby je nawet zakupić z własnych zarobków.
Spojrzała na zdobytego Zamiatacza Jedynkę, jakoś dziwnie wygiętego:
- Niby jak się mam nauczyć latać na TYM?! - dodała ze złością.
- Jeśli na tym polecicie, to z każda miotłą sobie poradzicie - podsumował profesor, który przez przypadek to usłyszał. - W końcu lepiej trenować w trudnych warunkach.
- Szkoda tylko, że to nie quidditch, a szkolne zajęcia - odcięła się z właściwą sobie bezczelnością.
- A Meteory z biegiem czasu tracą prędkość i wysokość - poinformował ją Jack Slopper i zabrał się za ustawiane uczniów.
Kilkorgu z pierwszorocznych, profesor pomógł wymienić miotły na lepsze, a wszystkich ustawił w dwóch rzędach, chłopców z jednej strony a dziewczyny z drugiej, tuż obok ich mioteł.
- Na zajęciach Krukonów i Ślizgonów, Smarkerus na pewno zostanie po środku - zaśmiał się James.
Syriusz w końcu znalazł się obok Remusa, ale z robieniem mu wyrzutów musiał poczekać, aż zajęcia dobiegną końca.
- Pierwsza rzecz, to musicie wsiąść na miotłę.
Co gorliwości uczniowie natychmiast zaczęli się po nie schylać jak zwykli mugole. Syriusz stał spokojnie, już w domu dowiedział się, ze nie należy tego robić
- Nie, nie zaczekajcie - powstrzymał ich profesor. - Wystarczy, że wyciągniecie rękę i powiecie "do mnie". Jeżeli się nie boicie, miotły od razu znajdą się w waszych dłoniach.
Syriusz nie miał z tym problemów, nie raz zdarzało mu się latać na miotle podczas wakacji u dziadków czy wizyt w hodowli ojca. Był jednak jednym z nielicznych, którym się udało. Nie zdziwiło go to, że James poradził sobie bezbłędnie, ale doznał lekkiego szoku, gdy okazało się, że tak samo było w przypadku Aurory. Choć po zastanowieniu, od początku powinno być to dla niego oczywiste, skoro oboje ich uczył Jack Slopper. Ucieszył się, natomiast, gdy Mortycji udało się dopiero za drugim razem. Zabiegi Petera były mocno irytujące, bo jego miotła raz po raz uskakiwała ostro w bok, zmuszając jego i Remusa do przeskakiwania nad nią. Wszelkie rekordy głupoty pobił Davy Gudgeon. Miotła, której miał zamiar dosiąść podskoczyła w górę tak gwałtownie, że walnęła jego brata w głowę. „No cóż, wypadki zdarzają się nawet najlepszym” myślał Syriusz, nie próbując powstrzymać się od śmiechu.
- Teraz musicie na nie wsiąść - powiedział profesor Slopper, gdy wszyscy byli już gotowi do kontynuowania zajęć. - Może ktoś wam zademonstruje, jak to zrobić.
Jego wzrok padł na Aurorę, którą wyraźnie faworyzował. Tak jak można było przypuszczać, energicznie pokręciła głową, w przeciwieństwie do swojego kuzyna, nie lubiła być w centrum uwagi.
- Może ja - zaproponował w tym samym momencie Potter i na pewno nie miało to nic wspólnego z chęcią wybawienia krewnej z opresji.
- Świetnie - ucieszył się profesor. - Kto jak kto, ale ty na pewno zrobisz to znakomicie.
Nie dało się ukryć, że Jamesa rozpierała duma: poprawił włosy, wyprostował się i usiadł na kiju, łapiąc go rękami kilkanaście cali od końca. Obrzucił wszystkich spojrzeniem wyraźnie mówiącym: "i tak nie wykonacie tego lepiej".
- Na co czekacie? - zapytał uczniów Jack Slopper. - Zróbcie to samo, co James.
Była to łatwiejsza część zadania, Galvin Gudgeon podniósł nogę i... miotła, walnęła go w krocze. Syriusz wybuchnął śmiechem, kątem oka dostrzegł, że Mortycja chowa do kieszeni różdżkę. Widać, że wciąż żywiła urazę do Gudgeonów.
- Zdarza się i tak - powiedział profesor, starając się powstrzymać śmiech i pomagając mu wstać z trawnika, na który upadł. - Dobra, żeby wznieść się w powietrze trzeba mocno odepchnąć się od ziemi nogami. Nie! Zaczekajcie! Przecież nie wiecie, jak wylądować. Nie będę was po kolei holował na dół. James zademonstruj proszę, ale błagam wzbij się w powietrze tylko na parę metrów, na pewno nie wyżej niż odległość od ziemi do dachu wiatraka w Llangefni, bez popisów, i wyląduj. Dobry latacz potrafi kontrolować wysokość. - Mrucząc jeszcze coś pod nosem, dał Jamesowi sygnał do startu.
Chyba dobrze zrobił, że wszedł mu na ambicję z tą wysokością, bo choć zapewne James chciał popisać się przed kolegami, to bardziej zależało mu na tym, aby udowodnić, że kontrola wysokości to dla niego pestka z dyni. Wylądował na ziemi wśród wiwatów, głównie Puchonów, choć Peter też mocno klaskał. Profesor poklepał go po plecach:
- Dobra robota. Ile to powinno być dodatkowych punktów? Dwadzieścia?
Syriusz wytrzeszczył oczy. James jeszcze nigdy nie zdobył punktów, zwykle obaj je tracili.
- Widzieliście? - zwrócił się profesor do pozostałych uczniów, mniej lub bardziej zszokowanych. - Aby wylądować trzeba nachylić się mocno nad trzonkiem i skierować go w dół. Ale najlepiej uczyć się w praktyce. Na mój gwizdek, odbijecie się nogami od ziemi, na drugi wylądujecie... Powtórzymy o ćwiczenie kilka... może kilkanaście razy...
Dla Syriusza w startowaniu i lądowaniu nie było nic trudnego i wkrótce zaczęło go to nudzić. Możliwe, że przy trzecim podejściu kombinowałby jak urozmaicić zajęcia, gdyby nie to, że... Peter stracił kontrolę nad miotłą. Najpierw zaczęła mu wibrować, a następnie poniosła go wysoko ponad murawę. Zanim profesor Slopper zdążył dosiąść swojej porzuconej daleko miotły, Pettigrew był już w połowie drogi do Zakazanego Lasu. Chłopiec nabierał pędu i co rusz zmieniał kierunki lotu. Nic dziwnego, że nawet dopingowany przez uczniów, doświadczony zawodnik quidditcha miał problem z dogonieniem go.
- Stawiam galeona, że go nie złapie - mruknął Syriusz do Jamesa.
- Dobra, ale pamiętaj, że to będzie już twoja druga przegrana.
Przypieczętowali zakład i zaczęli obserwować podniebną gonitwę. Skręt w lewo w prawo, w górę i zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, lecąc ostro w dół. Wyglądali już jak dwie barwne smugi. Nagły wystrzał w górę, w lewo, znowu w lewo, w prawo zakręcenie koła wokół własnej osi i znów wszystko od początku. Jeszcze raz w górę, w prawo i...
Syriusz jęknął przeciągle. Profesor Slopper złapał miotłę Petera i zaczął holować go w dół.
- Stanowczo jestem na to za stary - powiedział profesor, lądując wśród uczniów i z trudem łapiąc oddech. W tej samej chwili Peter zgiął się w pół i puścił pawia prosto pod stopy Mortycji. Zawsze to jakieś pocieszenie dla przegranego Syriusza.
- Przepraszam - mruknął Pettigrew, powstrzymując kolejny atak. A szkoda, bo może teraz zafajdałby czyjąś szatę. Davy i Galvin Gudgeonowie ryczeli ze śmiechu, zapewne nie wiedząc na jakie niebezpieczeństwo się narażają. Mortycja z kamienną twarzą patrzyła to na nich to na Petera, ale w jej głowie mogły lęgnąć się różne myśli.
- Myślę, że na tym skończymy dzisiejsze zajęcia - powiedział Jack Slopper. - I tak latamy już od godziny...
Profesor jeszcze coś mówił, ale Syriusz już go nie słuchał, zawzięcie grzebał w swoim plecaku, w poszukiwaniu sakiewki, którą przed wyjazdem dostał od ojca. Po zakupach dokonanych w pociągu, zostało w niej kilka galeonów i całe mnóstwo knutów i sykli... I to nimi postanowił zapłacić Jamesowi, pieczołowicie odliczając potrzebną sumę.
- Gdzieś ty to zbierał? - zapytał Potter, patrząc na stosik monet. - Na schodach w Ministerstwie Magii?
Profesor Slopper akurat kończył swoje przemówienie:
- Póki co widzimy się w środę za tydzień. Pomyślnego tygodnia.
Uczniowie zaczęli się rozchodzić. Wypatrzyli w tłumie Remusa i szybko ruszyli za nim.
- Czegoś uciekał z cieplarni jakby cię buchorożec gonił? - zapytał Syriusz, doganiając go.
Remus nadal był spokojny.
- Pomyślałem, że jak zostanie tylko was dwóch to Gryffindor straci mniej punktów.
Było to dość logiczne wytłumaczenie.
- Wybaczcie, ale muszę odprowadzić Petera do skrzydła szpitalnego - powiedział. - Spotykamy się na kolacji.
- Ten Lupin naprawdę ma łeb - podsumował James.

Październik minął Syriuszowi na odpracowywaniu, zarobionych z Jamsem, szlabanów. Trzeba było przyznać, że profesor Sprout wykazała się wyjątkową inwencją twórczą i za próbę wyniesienia diabelskich sideł dostali, jak dotąd, najdłuższą karę. Być może spowodowane to było tym, że w końcu zorientowała się, że zapomniała odjąć im punkty. Codziennie po lekcjach mieli zgłaszać się do zdemolowanej cieplarni i pomagać w jej porządkowaniu. Początki były bardzo proste, bo przesadzali rośliny, podpierali tyczkami i zabezpieczali nadłamane pędy. Pomona Sprout nie miała nic przeciwko temu, że urządzali sobie wojnę na bryłki ziemi, a nawet nie zwróciła uwagi na prysznic, jaki urządził Syriusz Jamesowi przy pomocy kilku kubłów z zimną wodą. W końcu przy okazji podlał sadzonki. Niestety, później trzeba było się wziąć za zbijanie półek i młotek okazał się być bardzo niebezpiecznym urządzeniem. Kilka razy wrócili też z drzazgami wbitymi w palce. Doglądali  dyni, które miały ozdobić Wielką Salę na Noc Duchów. Bo kto przy zdrowych zmysłach pozwoliłby im pilnować tych do jedzenia? A stos nieodrobionych prac domowych powiększał się niebezpiecznie.
Remus wyglądał, jakby im nawet współczuł. Za to Peter miał swoje problemy, które punkt kulminacyjny osiągnęły w weekend poprzedzający Noc Duchów. W torbie rozlał mu się atrament i, gdy James i Syriusz wychodzili na ostatni szlaban, Aurora, Remus i o dziwo ruda Evansówna, starając się pocieszyć ryczącego Pettigrew, akurat zabierali się za oczyszczanie jego książek i zeszytów, przy pomocy jakiegoś poleconego im przez Jack'a Sloppera zaklęcia.
Przez cały ten szlaban jakoś nie mieli okazji zająć się tak ważną sprawą, jaką było zapolowanie na panią Norris, toteż z radością powitali pierwszą wolną niedzielę. Cieplarnia była już zdatna do użytku, a ich dynie wylądowały w kuchni. Zamiast zabrać się za nadrabianie zaległości w nauce, w końcu jeden dzień nie był w stanie pogorszyć ich i tak beznadziejnej sytuacji, włóczyli się po zamku z Remusem i Peterem w poszukiwaniu tej parszywej kocicy. Dręczyło ich jednak przeczucie, że to wszystko na nic.
- A może zdechła i nikt nie uznał za stosowne nas poinformować - podsunął w końcu James.
W tym samym momencie Syriusz stanął jak wryty. Zza załamania korytarza wystawał bury koci ogon. Szybko zatrzymał kolegów i wskazał w tamtą stronę. Tylko Remus nie wyglądał na uradowanego. Wydawało się, że poszedł z nimi, bo lubił ich towarzystwo, ale niechętnie brał udział w ich figlach.
- To co? Działamy zgodnie z planem? - zapytał James, wyciągając z plecaka worek i koszyk do przenoszenia kotów.
- Skąd ty to masz? - zapytał z niedowierzaniem Syriusz.
- Pożyczyłem od Aurory - odparł bardzo z siebie zadowolony. - Nigdy nie zadaje dodatkowych pytań. No to idziemy.
James i Remus mieli przejść na drugą stronę korytarza i zatrzymać panią Norris, gdyby chciała uciekać.
- Na pewno dasz radę? - zapytał Petera, gdy temu na chwilę zmieniły się oczy.
Peter skinął głową.
- No to do roboty - powiedział Syriusz, gdy James dał znak kciukiem.
Pettigrew rozpędził się i z pełnym impetem nadepnął kocicy na ogon. Syriusz, aż zacisnął zęby. Rozległo się MIAAŁ! Pozostali chłopcy wyskoczyli z korytarz, ale tam gdzie przed chwilą siedział kot, stała... profesor McGonagall. Oddychała ciężko, a nozdrza drgały jej niebezpiecznie. Peter jakby jeszcze bardziej skurczył się w sobie. Pozostali wpatrywali się w nią oniemiali.
- Co... wy... tutaj... - wydusiła profesor McGonagall. - Szlaban i....
- Ale za co? - James jako pierwszy odzyskał głos.
- To nie nasza wina, że Peter nie patrzy jak lezie - dodał szybko Syriusz.
McGonagall oparła się o poręcz, rozcierając sobie kość ogonową. Jej usta raz się zwężały, raz powracały do normalnego wyglądu.
- Ten.. kot. Jak pani... - zaczął Syriusz stwierdzając, że najszybciej wybrną z tej sytuacji odciągając jej uwagę od tego incydentu.
- Gdyby panowie uważali na moich zajęciach, zamiast zadawać mnóstwo niepotrzebnych pytań, już dawno wiedzielibyście coś o animagii - warknęła.
- Ale nigdy pani profesor nie powiedziała, że pani jest animagiem - wypalił James.
- Niech panowie lepiej już idą, bo zaraz odejmę Gryffindorowi punkty - warknęła McGonagall.
Natychmiast zaczęli się oddalać, zanim opiekunka domu zmieni zdanie. Nie uszli jednak daleko, gdy:
- Panie Potter, po co panu ten koszyk? - rozległ się głos McGonagall.
- Kuzynce zginął ukochany kiciuś - odparł natychmiast James. - Właśnie go szukamy.
Było to rzecz jasna wierutne kłamstwo, ale wystarczyło, aby puścić ich wolno. Poza tym biedną, cichą Aurorkę wszyscy uwielbiali, więc łatwo było chować się za jej plecami.
- Jesteś genialny! - zachwycał się Syriusz, gdy szli do wieży Gryffindoru.
- Poczekaj tylko, aż mój wujek i ciotka dowiedzą się, że Aurorze zaginął Bija - zaśmiał się James. - Wtedy będziemy się mieć z pyszna. Muszę ją uprzedzić, że taka sytuacja może mieć miejsce.
Ale do uczty z okazji Nocy Duchów rzecz jasna Aurory Sinistry nigdzie nie znaleźli. Na widok udekorowanej Wielkiej Sali, Jamesa i Syriusza napełniła duma. W końcu mieli swój wkład w jej wystroju, bo ramię w ramię z Pomoną Sprout hodowali dynie, teraz wydrążone i ustawione na stołach jak lampiony, pośród wijących się żelowych węży. Ze ścian zwieszały się cukrowe pajęczyny, a po nich biegały lukrecjowe węże. Dumbledore zadbał też o oprawę artystyczną. Wieczór rozpoczął pochód czarnych kotów. Natomiast piorunujące wrażenie zrobiła na nich zaproszona wiedźma. Peter tak się jej wystraszył, że o mały włos nie rzucił na plecy Remusa, którego wybrał na swojego obrońcę.
- Gryfon się znalazł - podsumowała Mortycja.
Tymczasem dyrektor już wygłaszał mowę powitalną:
- Podziękujmy pannie Bheare za uświetnienie naszej uczty i wznieśmy toast za...
Minerwa McGonagall rzuciła mu mordercze spojrzenie, więc zmienił tok wypowiedzi.
- Ach tak, ze udaną współpracę naszych nacji.
Opiekunka domu była w nienajlepszym humorze, a Syriusz chyba wiedział dlaczego.
Idąc za przykładem dyrektora wszyscy znieśli toast.
- Piwo kremowe o dyniowym smaku? - zdziwił się James.
Na stołach pojawiły się różne smakołyki i uczniowie rzucili się na jedzenie. Z pełnymi ustami trudno było mówić, więc Syriusz na razie milczał. Niepokoiły go tylko zbyt częste spojrzenia McGonagall rzucane w stronę ich stołu.
Przy deserze, po zaspokojeniu pierwszego głodu, można było zająć się rozmową. Jak dotąd najgłośniejsza grupę stanowili trzecioklasiści, przeżywający wyjście do Hogsmeade. O dziwo, nauczyciele też się świetnie bawili. Lanpori rzecz jasna dyskutowała z wiedźmą. Za to Jack Slopper popijał z gajowym i nauczycielem opieki nad magicznymi stworzeniami, Syriusz miał niejasne wrażenie, że to co piją nie jest piwem kremowym. Profesor Slughorn oczywiście był duszą towarzystwa. W tej chwili opierał się o krzesło Dumbledore'a i wtrącał się do jego rozmowy z McGonagall.
Szybko przestało ich interesować, co robią profesorowie i skupili się na dostarczaniu uczniom rozrywki. Zdejmowali ze ściany pająki i puszczali na stół obstawiali, która z dziewczyn głośniej krzyknie, gdy przebiegnie obok nich.
- Te które najbardziej nas wymyślają, najbardziej się cieszą - skwitował James.
Tym razem zakładali się o sykle, galeony były za dużą stawkę, jak na takie byle co. Potem doszły do tego zakłady o to, który pająk jako pierwszy dotrze do końca stołu. Tylko czasami ktoś popsuł im zabawę, zjadając ich zawodnika.
W końcu znajdujące się w zasięgu ręki pająki się skończyły i trzeba było sięgać dalej. Zjedli też po kolejnym kawałeczku ciasta dyniowego, dopchali puddingiem i popili piwem kremowym. Akurat gdy mieli wracać do przerwanego zajęcia powstał Dumbledore:
- Zmywajcie się - powiedział. - Chyba, ze chcecie tutaj zostać, wtedy nie nalegam.
Wszystko jednak wskazywało na to, że zamierza odprowadzić wiedźmę. Profesor Slughorn ani myślał się ruszyć. Klepiąc się po pękatym brzuchu starał się rozśmieszyć Lanpori jakąś bardzo dynamiczną opowieścią. Profesor obrony przed czarną magią wyglądała jednak, jakby miała ochotę napuścić na niego swojego wilka. Zegar wybił północ, więc chłopcy postanowili zbierać się do wyjścia. Co prawda mogli jutro wyspać się na historii magii, ale pierwszą lekcją była transmutacja i w świetle dzisiejszych wydarzeń, woleli być na niej świeży i wypoczęci.
Byli już u szczytu schodów, gdy z dołu dobiegł ich głos McGonagall:
- MORTYCJA!
Wszyscy czterej popatrzyli na siebie i wzięli nogi za pas. Woleli nie być w zasięgu jej wzroku, gdy była w stanie tak silnego wzburzenia.

Kategoria: brak kategorii
tagi:


2 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

lokoweczka Lokóweczkawtorek, 27 grudnia 2011, 22:36
95.171.215.117

Piękne opowiadanie i bardzo wciągające. Przeczytałam je z największą przyjemnością. Bardzo ładnie opisujesz sytuacje i zachowania. Wszystko jest napisane jasno i wyraziście.
Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy. Dodaję do ulubionych :)

Lokóweczka

lilin Lilinponiedziałek, 2 stycznia 2012, 10:54
89.17.245.11

Całkiem ciekawie się czytało. Może nie powodowało gromkich wybuchów smiechu, ale nawet niezła lektura. :)

Mój Profil



SZKLANA KULA


Kolejny rozdział Syriusza pojawi się:

17 CZERWCA 2012

Wszystkie osoby, które pragną zostać o nim poinformowane zachęcam do wpisywania się do księgi gości lub komentowania poprzednich wpisów.



ROZDZIAŁY


1. Tojours Pur
2. Ten pierwszy raz
3. Lekcja dobrych manier
4. Mortycja McGonagall
5. Familia
6. Chluba Portree
7. W pociągu
8. Ceremonia przydziału
9. Hogwart
10. Ofensywa Filcha
11. Nocne rewelacje
12. Pierwsze koty za płoty
13. Dwie wiedźmy
14. Do szopy, hipogryfy!
15. Wcześniejszy prezent

SPONSORZY







Szablony, avatary...
Tiara Czarodzieja

DYSKUSJA




Polecani


Tiara Czarodzieja





Opowiadania HP
Orla Black
Aurora Sinistra
Bellatrix Black
Gilderoy Lockhart
Samanta Lestrange
Rita Skeeter
Monika Dursley
Flavia Labollay
Anastasia Labollay
Laura Sylvanus
Gracia Dumbledore

Ocenialnie
Azkaban Will Eat You
SUM
Oceniam Wyobraźnię
Felix Felicis
Oceniam
Kompania Ocenowa
Ława Przysięgłych
Niecodziennie
PWN
Q-Py-Blok
Krytyka Literacka
Martwa Strefa
Jimmy Ocenia
Potterowskie Oceny
Narcissism
Orto-Nazi
Żar Ocen
Talking About
Profesjonalne Oceny Blogów
Era Krytyki

Top Listy
Tiara Czarodzieja
Strony o Harrym Potterze
TopLista Syriusza Blacka
Pottersite
RPG i Fantasy
Bastion Fantasy
Magiczne Dziewczyny
Potterowskie FF
Opowiadania Fantasy

Czytelnia
Elfka Mortycja
Narcyza Malfoy
Myśli Severusa
Charlie Dawson
Carrie Eelyop
Amon Carter
Monica Verne