Mamy NOWY ROK! Niektórzy twierdzą, że te noworoczne wróżby najczęściej się spełniają, więc pora zajrzeć w szklaną kulę i wywróżyć co czeka czytelników Syriusz w 2012 roku (o ile nie zmiecie nas koniec świata).
Patrzę, patrzę, patrzę... I co widzę? - Już w najbliższej przyszłości podstrona "bohaterowie" zmieni się w "TEZAURUS", oznacza to, że będziecie mogli na niej znaleźć nie tylko znikomą ilość informacji o postaciach, ale także opisy miejsc, przedmiotów, wszystkiego co z opowiadaniem związane, a także kalendarium. Kolejną zmianą jaka zajdzie na blogu będzie zniknięcie brzydko brzmiacego napisu "OBWIESZCZENIE" i przekształcenie się go w... szkolaną kulę, z której będziecie mogli wyczytać kiedy pojawi się nowy rozdział. A skoro już jesteśmy przy nowych rozdziałach... Coś mi mówi, że w tym roku pojawi się ich SZEŚĆ, z czego ten ostatni będzie zakończeniem przygód Syriusza na pierwszym roku. Dlatego też na "syriuszowym" profilu na facebooku już jakiś czas temu pojawiła się ankieta dotycząca tego czy chcecie przeczytać również historię bohatera na kolejnym roku, zapraszam do głosowania. Przecież z Waszej ręki tego nie wywróżę!
Pierwszy mecz quidditcha w tym roku szkolnym zbliżał się wielkimi krokami i większość uczniów stała się bardzo monotematyczna - nawet Syriusz. Jemu i Jamesowi udało się wyciągnąć z profesora Sloppera informację, że każdemu kapitanowi drużyny polecił jakąś unikalną formację, której wyćwiczenie wzmocni zawodników. Drużyny natomiast bardzo strzegły swoich tajemnic i pilnowały, aby nikt nie podglądał ich treningów, a szczególnie, zwłaszcza kibice innych domów. Ciekawość sięgała więc zenitu.
W dniu meczu Gryffindoru ze Slytherinem na błonia wyległa niemal cała szkoła. Większość uczniów opuściła zamek już całą godzinę przed jego rozpoczęciem. Pogoda była zachęcająca i gwarantowało to znalezienie dla siebie dobrych miejsc. Wśród tej grupy był Syriusz wraz z kolegami. Młody Black nie spodziewał się, że zobaczy tak dobrą grę, jak na zawodowych rozgrywkach, ale i tak zapowiadało się całkiem niezłe widowisko.
Byli już w połowie drogi na stadion quidditcha, gdy Syriusz dostrzegł biegnącą przez błonia, samotną postać. Andromeda Black zachowywała się bardzo podejrzanie, zmierzała wyraźnie w stronę Zakazanego Lasu, co chwilę oglądając się za siebie.
Zatrzymał przyjaciół gestem ręki i przez chwilę obserwował starszą kuzynkę:
- Idę za nią - oznajmił już kilka sekund później.
- Przecież mieliśmy iść na stadion - powiedział Peter z bardzo głupią miną.
Syriusz już wolał kiedy kolega milczał:
- Zdążymy - mruknął.
- Czekaj - wtrącił się James, patrząc na mijające ich tłumy. - Jak pójdziemy później, zostaną nam co najwyżej miejsca w ostatnich rzędach.
- A gdyby to twoja kuzynka lazła tam gdzie nie potrzeba myślałbyś o meczu? - zapytał go napastliwie Syriusz.
- No dobra - odparł James po krótkiej analizie faktów. - Ja idę z nim.
Peter powitał tę decyzję z widoczną ulgą - wczoraj nastraszyli go, że na trybunach trzeba uważać, żeby nie oberwać tłuczkiem. Remus nie wyglądał na zadowolonego, wiedział jednak, że bez niego koledzy natychmiast wpakują się w tarapaty. Od pewnego czasu Syriusz miał wrażenie, że ich paczka przypomina widłowęża - trójgłowego węża z Burkina Faso, o którego rodziców błagał Regulus. Tutaj Syriuszowi zwykle przypadała rola środkowej głowy - mogącej snuć plany i marzenia, ale nie mającej głosu decydującego (chyba, że użyje odpowiednich wizji i argumentów). Lewą głową był James, dzięki wrodzonej charyzmie to on podejmował decyzje, gdzie pójdą i co będą robili. Bardzo rzadko udawało się im zamienić rolami. Prawą głową był oczywiście Remus, analizował ich pomysły i starał się wpłynąć na ich działania, choć zwykle z mizernym skutkiem - w przyrodzie bardzo często zdarzało się spotkać widłowęża bez prawej głowy, która została odgryziona przez dwie pozostałe. Tak więc Remus i tak miał szczęście, że wciąż był cały i zdrowy. A Peter? Peter był po prostu ogonem.
Pogrążony w takich dywagacjach Syriusz podążał za Andromedą, nie tracąc jej z oczu, dopóki sylwetka kuzynki nie zniknęła pośród pni drzew Zakazanego Lasu, tuż przy chatce gajowego.
Zatrzymali się na skraju lasu i popatrzyli z Jamesem na siebie.
- Jesteście pewni, że chcecie to zrobić? - zapytał Remus, bezbłędnie odczytując ich myśli.
- Jasne - odparł natychmiast James. - Skoro Prefekt Naczelny może, to dlaczego my nie? No i jestem pewien, że pogłoski o tych wszystkich okropieństwach, które się tam czają są mocno przesadzone - dodał niepewnie.
- A nawet jeśli, to jesteśmy Gryfonami - powiedział szybo Syriusz. Bardzo mu zależało, aby móc dalej śledzić kuzynkę. - Nie straszne nam żadne strachy!
Przekroczyli granicę lasu czując przyjemny dreszczyk emocji. Znów, rzecz jasna dla wyższej idei, robili coś czego robić nie powinni i było to bardzo przyjemne. Jak to mówią - z prądem rzeki płyną tylko zdechłe plumpki.
Nie dane im było jednak długo cieszyć się tym uczuciem. Zaledwie drzewa zaczęły rosnąć odrobinę gęściej, gdy w ich konarach coś mocno załopotało, ptaki ze złowieszczym świergotem wzbiły się w powietrze, a na coraz węższej ścieżce, tuż przed nimi w obłokach ciemnoczerwonego dymu zmaterializowała się... Flavia Lanpori. Owinęła się szczelniej czarną peleryną, krzyżując na piersi ręce jak jakiś... wampir.
- Proszę bardzo - syknęła jadowicie, zanim minął im pierwszy szok. - Kogo ja spotykam...
Syriusz osobiście wolałby się tutaj wpakować na McGonagall, albo nawet na dyrektora we własnej osobie, niż na profesorkę obrony przed czarną magią, u której, jak przypuszczał, wciąż mieli zdrowo przechlapane. Sam na sam w Zakazanym Lesie, gdzie nikt nie mógł ich zobaczyć.
- Zgubiliśmy się... w drodze na stadion - próbował ich wytłumaczyć James.
- I myślicie, że ja wam w to uwierzę? - warknęła Lanpori, prezentując olśniewająco białe zęby w złowróżebnym uśmiechu.
Cała czwórka pomału pokiwała głowami, choć wiedzieli, że to na nic. Peter kulił się gdzieś za nimi.
- Niestety - kontynuowała profesorka. - Ale tak się składa, że akurat dzisiaj szukałam pana Pottera i pana Blacka, więc nazwałabym to nasze spotkanie... pomyślnym.
- Jak dla kogo... - wymsknęło się Syriuszowi.
- Co takiego, panie Black?
- Nic.
Flavia Lanpori zmierzyła ich ostrym spojrzeniem.
- A dlaczego właściwie chciała nas... pani profesor znaleźć? - zapytał James, co było wyrazem ogromnej odwagi lub... głupoty.
Kobieta złowieszczo zmrużyła oczy:
- Panów ostatnie wypracowania mają o pół stopy pergaminu mniej niż prosiłam - wycedziła. - Nie wspominając już o zadaniu pana Pettigrew, w którym roi się od błędów.
Syriusz już węszył w tym jakiś podstęp. Stanowczo za spokojnie to mówiła.
- I co z nami będzie? - zapytał, rozglądając się uważnie czy przypadkiem wśród drzew nie czai się jej wilk. Od pewnego czasu krążyły pogłoski, że jego kły nie są tylko na pokaz, a ślina zawiera wirus likantropii.
- Wydaje mi się, że powinni panowie zarobić szlaban, ale... - uciszyła ich gestem dłoni, gdy chcieli zacząć się bronić. - Ale skończyły mi się już pomysły na konstruktywne kary. Pójdą więc panowie ze mną teraz i wypracowanie napiszą od początku pod moją... opieką.
Co?! Spędzili na tym zadaniem pół dnia!
- Pani profesor, teraz jest mecz quidditcha - wypalił James.
- Przynajmniej będą mieli panowie spokój w bibliotece. Mogę oczywiście odjąć panom punkty, ale jaka by to była strata dla Gryfonów... - zaczęła się głośno zastanawiać profesor Lanpori. - Za nie odrobienie zadania, będzie po dwadzieścia punktów za każdego... Tak... Oczywiście spaceru po Zakazanym Lesie też nie mogę darować, choćbym nie wiem ja chciała... To znowu jest po pięćdziesiąt za każdego ucznia z osobna... I zapomniałabym, jeszcze wypisanie obelżywych wyrazów na tablicy w klasie obrano przed czarną magią...
Syriusz starał się szybko obliczyć to w myślach. Minus dwieście czterdzieści punktów i nie wiadomo ile jeszcze odejmie za wierszyk o Smarkerusie. Tym razem to Mortycja ich zamorduje bez pomocy różdżki. I nie tylko ona!...
- Pójdziemy - powiedział szybko.
- Mądra decyzja, panie Black - przerwała swoją wyliczankę Lanpori. - Proszę za mną.
Ruszyli powłócząc nogami. Na szczęście wybrała trasę koło cieplarni. Była dłuższa, ale przynajmniej mniej osób zobaczy ich klęskę. Syriusz już nie mógł się doliczyć, który to jego szlaban od początku roku. W połowie drogi Lanpori chyba zmieniła zdanie, co do tego co ich czeka, bo zamiast na czwarte piętro do biblioteki, zaprowadziła ich do swojego gabinetu na drugim.
Było to całkiem spore pomieszczenie, z którego prawdopodobnie można było od razu przejść do lasy obrony przed czarną magią piętro niżej. Schody na jego drugim końcu, idące w górę, musiały prowadzić do sypialni profesorki. Ściana przy kominku cała była zastawiona półkami pełnymi książek. Przed nimi stało biurko zawalone pergaminami, kilkoma filiżankami i paroma dziwnymi przedmiotami. Przy oknie teleskop, który z astronomią miał zapewne mało wspólnego. Ustawiony w miejscu, z którego doskonale było widać okolice chatki gajowego, wyjaśniało to w jaki sposób tak szybko ich przyłapała, ale jak tak szybko znalazła się w Zakazanym Lesie, skoro w Hogwarcie nie można się teleportować, wciąż było zagadką. Bliżej nich stał prostokątny stół z brązowego lakierowanego drewna z czterema krzesłami. Najdziwniejszą rzeczą w całym pomieszczeniu była stojąca na etażerce szklana kula, z majaczącymi w niej siwymi cieniami. W kącie, na legowisku, zwinięty w kłębek spał spokojnie wilk profesorki. Nie było tutaj żadnych zdjęć czy pamiątek, które świadczyłyby o tym, że ma jakąś rodzinę lub chociażby przyjaciół.
Lanpori przez chwilę pozwoliła im rozglądać się po pomieszczeniu:
- Siadajcie - powiedziała w końcu, wskazując im krzesła przy stoliku. - Żeby panowie Lupin i Pettigrew się nie nudzili, sprawdzą wypracowania pozostałych uczniów ze szkoły, może się czegoś nauczą.
Machnęła różdżką i pergaminy z jej biurka wylądowały na stole.
- Tutaj macie potrzebną literaturę. - Kolejne machnięcie różdżką spowodowało, że z półek wyskoczyło kilkadziesiąt książek i ułożyły się w stosy na dywanie obok nich. - Życzę owocnej pracy. Gdy panowie Black i Potter uporają się ze swoimi zadaniami, mogą wam pomóc. Powodzenia - dodała i wyszła.
James szybko ocenił sytuację:
- Wiecie co? Jak na mój gust, to zaraz możemy stąd wyjść i pójść na mecz, a ona się nawet nie zorientuje - powiedział.
W tym samym momencie wilk, dotąd nie zwracający na nich uwagi, utkwił w nim złotopomarańczowe ślepie i obnażył kły.
- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł - skwitował Syriusz.
Widać Lanpori miała swoje sposoby pilnowania uczniów bez jej zbytecznej obecności.
Potter sięgnął po pierwsze z wypracowań:
- No proszę, Aurora Sinistra - mruknął. - Najważniejsze ze wszystkich. I wygląda na to, że bez błędów.
- Skąd wiesz? - zapytał Syriusz, podchodząc do niego.
- Bo moja kuzynka jest wyjątkowo dokładna, wszystko sprawdza - powiedział James, przewracając oczami. - Jakbym normalnie widział moją babcię, tylko o nieco łagodniejszym charakterze. Wiesz, że ostatnio musiała zabrać twoją sowę do tego całego Kettleburna od opieki nad magicznymi stworzeniami, bo pióra jej zaczęły wypadać?
Syriusz pokręcił głową, nie miał o tym pojęcia. Ostatnio bardzo zaniedbał Persefonę.
- A widzisz - roześmiał się James. - A do obrony przed czarną magią, Aurora przykłada się wyjątkowo. Poza tym, Lanpori chyba już to przejrzała. Napisała ołówkiem "P", powyżej oczekiwań, i jakieś bazgroły obok - zmrużył oczy. - Plus... strzałka w górę... i znak zapytania... Chyba nasza kochana pani profesor zastanawiała się czy nie dać jej wyżej... Ciekawe czy wszystkie prace tak wysoko ocenia?... Ma ktoś coś do pisania?
Remus podał mu jedno z piór o bardzo grubej stalówce, które przyleciały na stół razem z pergaminami:
- Co ty masz zamiar zrobić? - zapytał.
- Pomogę swojej ulubionej pani profesor podjąć decyzję - odpowiedział James, a na wypracowaniu Aurory widniało już ogromne, czerwone "W" - wybitny, najwyższa ocena w szkole. Potter przyjrzał się swojemu dziełu:
- To teraz to przepiszę - powiedział.
- Nie. - Głos Lupina jeszcze nigdy nie brzmiał tak stanowczo. - Masz to napisać sam.
Wyciągnął rękę, aby odebrać mu pergamin, ale ten przycisnął go do siebie jak... nowonarodzonego syna:
- Dobra, dobra. Tylko przeczytam i napiszę swoje na jego podstawie.
Na to Remus mógł przystać i postanowił zabrać się do pracy. Usiadł przy stole i przyciągnął pierwsze z zadań.
- Ciekawe, gdzie jest praca Smarkerusa? - Syriusz wziął się za przeszukiwanie stosu pergaminów.
- Weź się lepiej za dokończenie swojej - mruknął Remus podając mu wypracowanie.
Niemal cały czas pracowali w ciszy, Peter od czasu do czasu zadawał jakieś trudne pytanie. Wstawali tylko po to, aby sprawdzić fakty w którejś z książek. Ilekroć przychodziły im do głowy jakieś niecne plany, wilk Lanpori unosił łeb i szczerzył kły. Obecność jego właścicielki w gabinecie nie była konieczna, aby utrzymać w nim porządek. Syriuszowi nie udało się ani podejść do teleskopu, ani bliżej przyjrzeć się kryształowej kuli, a tym bardziej wyjść do toalety. Niebawem również on zabrał się za sprawdzanie zadań domowych, raz po raz poprawiając coś w swoim, gdy natrafił na pewne nieścisłości. Dużo gorzej (i trudniej) było, gdy całą czwórą zabrali się za poprawianie prac uczniów od piątej klasy wzwyż.
Mecz quidditcha na pewno już się skończył, za oknem zapanowała szarówka, a rzeczy o których musieli czytać były tak okropne, że starszym osobom od nich pogorszyłby się humor. Peter w końcu zwymiotował przez okno - i tak dobrze, że zdążył tam dolecieć i je otworzyć, bo strach pomyśleć, co by z nim zrobiła Lanpori, gdyby splugawił jej gabinet. Wilk musiał być tego samego zdania, gdyż nawet nie zareagował na zabiegi Petera.
Czytali głównie o Zaklęciach Niewybaczalnych, choć co oryginalniejsi pisali o innych, równie niebezpiecznych rzeczach, na przykład o Wywarze Żywej Śmierci lub o zaklęciu wypruwającym wnętrzności.
- To akurat przydaje się w magolecznictwie - zauważył James.
- A ty skąd wiesz?
- Mój ojciec jest uzdrowicielem, półgłówku - odparł Potter z szerokim uśmiechem.
W każdym razie, Syriusz osobiście wolałby nie być "leczony" w ten sposób.
Inne "wypociny" były na temat czarnomagicznych stworzeń od wodników kappa zaczynając, na wampirach kończąc. Większość z nich chyba opierała się na zabobonnych pogłoskach zasłyszanych w domu, bo nie było w nich za knut popartych naukowo faktów. Nic dziwnego, ze Lanpori nie chciało się tego czytać.
Ostra dyskusja pomiędzy sprawdzającymi wybuchła dopiero przy wilkołakach:
- Co za de... troll to napisał?! - oburzył się Remus.
- Co? Że likantropią można zarazić się również przez kontakt z czarodziejem nie przemienionym w bestię? - Syriusz zajrzał mu przez ramię.
- Przecież to prawda - bąknął Peter.
- Czyś ty się na mózgi z elfami zamienił? - naskoczył na niego Remus, wyraźnie nie był sobą, może to ta kolejna wizyta u umierającej już babci tuż po uczcie w Noc Duchów tak na niego wpłynęła. - Kto ci naopowiadał takich bredni?
- A czytałeś co ten ktoś napisał dalej? Wilkołaki zagryzają ludzi na śmierć, a nawet jeśli nie są przemienione są tak samo niebezpieczne, gdyż kierują się wyłącznie zwierzęcym instynktem...
- Zamknij się James - uciszył go Lupin, otwierając zostawione im "Fantastyczne zwierzęta". Znalazł odpowiednie hasło i przeczytał: - "...Raz w miesiącu przy pełni księżyca, zazwyczaj normalny, o zdrowych zmysłach czarodziej lub mugol, zmie..."
- I już tutaj powinniśmy zacząć zastanawiać się nad poprawnością zawartych w książce informacji - przerwał mu James. - Mugol nie może się stać wilkołakiem. Tak twierdzi babcia.
- Ale pozostałe wiadomości...
- I tak bym z nimi uważał - wtrącił się Syriusz. - Lepiej zachować ostrożność, niż potem cierpieć.
- Tylko dlaczego dodatkowo karać niewinnego człowieka za to, że ktoś kiedyś go skrzywdził, a nacja czarodziejów to niedouczone półgłówk?! - Lupin chyba po raz pierwszy odkąd się znali podniósł głos.
- Remus, coś ty się tak uparł, żeby ich bronić? - zapytał Syriusz, wciąż w ciężkim szoku.
- Pan Lupin ma rację, panie Black - nadpłynął do nich głos Lanpori. Nie wiadomo od kiedy stała u szczytu schodów prowadzących w górę i bacznie ich obserwowała. - Garstka niewinnych czarodziejów nie może cierpieć przez niewiedzę setek lub tysięcy ignorantów.
Pomału zaczęła schodzić w dół. W czerwono-pomarańczowym świetle świec, które zapaliły się, gdy zaszło słońce, znów do złudzenia przypominała wampirzycę (z ilustracji w książkach).
- Istota zwana wilkołakiem jest niebezpieczna jedynie po przejściu całkowitej przemiany w czasie pełni księżyca - mówiła, idąc pomału stopień po stopniu. - Tylko w takiej formie, przez jednorazowe ugryzienie, może zarazić likantropią. Zwykle nie zagryza swojej... nazwijmy to, ofiary. W całej historii naszego świata odnotowano może pięć takich przypadków. Prawdą jest, że wilkołak w formie przemienionej, specjalnie wyszukuje ludzi, jest to swego rodzaju przedłużenie gatunku. Natomiast bardzo często się zdarza, że czarodziej zarażony likatropią, kilka dni przed pełnią sam zaszywa się w jakimś odludnym miejscu, aby znacznie ograniczyć możliwość ukąszenia kogokolwiek. Mówiono mi również, że sama przemiana w wilkołaka jest niezwykle bolesna, więc raczej należy osobom tym udzielać wsparcia, a nie szykanować je.
Twarz profesor Lanpori nie wyrażała żadnych emocji. Za to Remus wpatrywał się w nią z nieukrywanym podziwem.
- A teraz niech już sobie panowie idą - dodała, gładząc po łbie swojego wilka. - Musze nakarmić Rasputina, a do tego panów obecność mi nie potrzebna.
(Rasputin! - co za imię dla wilka.)
Wcale nie spieszyło się im do wieży Gryffindoru. Nie wiedzieli kto wygrał mecz, a jeśli byli to Ślizgoni, woleli jeszcze przez jakiś czas żyć w nieświadomości, jeśli Gryfoni - na radość będą mieli jeszcze dużo czasu.
- Chyba jeszcze na żadnej lekcji obrony nie nauczyłem się tyle co dzisiaj - mówił podekscytowany Syriusz, idąc tyłem przez korytarz.
Nie mógł się doczekać, kiedy to oni będą przerabiali tematy o złowrogich zaklęciach i ich odpieraniu.
- Remus, co wystawiłeś Mortycji za zadanie? - zapytał.
- Przecież ona nie oddaje zadań. A przynajmniej nie trafiłem na nie - odpowiedział Lupin, którego nastrój po opuszczeniu gabinetu Lanpori wyraźne się poprawił.
- A Raqueli?
- Zdaje się, że P... Nie wiem, masz pojęcie ile sprawdziłem dzisiaj prac?
- Nie - roześmiał się James. - Mnie najbardziej interesuje Gilderoy Lockhart.
- Gildeory Lockhart dostał zadowalający. Trochę mieszają mu się fakty, ale...
- A Smarkerus? - zapytał Syriusz.
- Uważaj! - ryknął Remus, ale było już za późno.
Syriusz przeleciał przez coś lodowatego i niematerialnego. Okazało się, że był to Gruby Mnich - duch rezydent Hufflepuffu.
- Ale czad! - wyrwało się Syriuszowi, gdy minął mu pierwszy szok, a duch chichocząc pod nosem, oddalał się w przeciwnym kierunku. - James, musisz tego spróbować.
A ze ściany wyłonił się właśnie Prawie Bezgłowy Nick w towarzystwie Szarej Damy. Jamesowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Rozpędził się, biegiem pokonał korytarz i w pełnym ślizgu przeleciał przez rezydenta Gryffindoru.
- Łoo!... - potoczyło się echem po korytarzu.
- Ostrożnie młody człowieku - upomniał go Nick. - Rozumiem, że spieszysz się, aby wziąć udział w uczcie z okazji naszego zwycięstwa, ale to nie powód...
- SŁYSZELIŚCIE?! - James wydarł się tak, że zapewne cały zamek go słyszał. - Wygraliśmy mecz!
- Słyszymy, słyszymy - powiedział spokojnie Syriusz, ale już chwilę później wraz z Remusem odstawiali wielki taniec radości.
W kolejnych dniach udało im się spotkać jeszcze dwa inne duchy i zażyć "ożywiającego prysznica", jak między sobą zaczęli nazywać przenikanie przez zjawy. Te zabiegi naprawdę orzeźwiały umysł i ciało, a Syriusz nie wiedział skąd te wszystkie pogłoski o tym, że jest to nieprzyjemne.
Pierwszym z duchów był wysoki bernardyński zakonnik, który jak hogwarcka wieść niosła, nigdy nie odezwał się do nikogo. Nie skomentował więc również tego, że nagle przebiegli przez niego dwaj niesforni chłopcy. (Zwyzywała ich za to Mortycja, na którą wpadli zaraz potem i wytrącili jej taszczone z biblioteki książki.)
Przez kolejne duchy - trzy posępne zakonnice, które nigdy się nie rozstawały, przeciągnęli Petera. Zakonnice zaczęły miotać za nimi obelgami, a Pettigrew drżał na całym ciele jak osika jeszcze przez kilka godzin.
Zajęcia z obrony przed czarną magią w kolejnym tygodniu zostały odwołane, bo Lanpori miała coś do zrobienia poza Hogwartem, jak zdawkowo wyjaśniła im profesor McGonagall na pierwszej w tym tygodniu lekcji transmutacji. Potem rzecz jasna wprowadziła wyjątkowo trudny temat, żeby musieli skupić się na zajęciach, a nie na próbach uzyskania większej ilości informacji. I choć dzięki nieobecności Lanpori zyskali więcej wolnego czasu - zwłaszcza cieszyli się na środę, kiedy mogli wyspać się do południa, a całe popołudnie spędzili na błoniach na lekcji latania i ponad to zyskali choć jeden dzień bez przesiadywania ze Ślizgonami w jednej klasie, to wcale nie cieszyli się na dodatkowe zajęcia z obrony przed czarną magią w piętek po zakończeniu wszystkich lekcji.
Przesycona senną atmosferą klasa i zapadający wcześnie zmierzch nie dodawały ochoty do nauki. Po wyciągnięciu pergaminów, piór i pełnego kałamarza, Syriusz wygodnie umościł się na blacie ławki i wpatrując się w czarne pukle Aurory Sinistry, która jak zawsze na obronie budowała przed sobą barykadę z podręczników, zaczął oddawać się marzeniom o obiedzie - drugie śniadanie należało już do odległej przeszłości. Uprzytomnił sobie właśnie, że będzie to pierwsze spotkanie z Lanpori odkąd opuścili jej gabinet w sobotę wieczorem. Był jednak przekonany, że lekcja nie będzie ciekawsza od tamtego szlabanu. Poza tym, to wszystko i tak było niczym w porównaniu z zapachami rozchodzącymi się z kuchni. Zwłaszcza dla kogoś, kto przez jedenaście lat żywił się głównie przypalonymi przez Stworka potrawami...
- Pochowajcie pergaminy - rozległ się głos Lanporii. Syriusz nawet nie zauważył kiedy weszła.
Nie od razu dotarł do niego też sens jej słów, chyba jeszcze nie do końca się rozbudził, bo gdyby to była prawda, mogłoby to oznaczać jedyne, że na obronie przed czarną magią wreszcie skończyli z teorią. Spojrzał na siedzącego za nim Jamesa, który tak samo nieprzytomnie gapił się na niego:
- Co? - wyartykułował bezgłośnie.
James wzruszył ramionami i zaczepnie pociągnął Aurorę za włosy:
- Czy ona powiedziała, że...
- Ta, mamy to pochować - przerwała mu półgębkiem kuzyna i dała nura pod ławkę po swoją torbę.
- Szybciej! - popędzała ich tym czasem Lanpori. - Nie będę tak stała przez cały dzień. Dostrzegam coraz większe braki w waszej edukacji.
Wyglądało na to, że wszyscy uczniowie są w stanie takiego samego szoku, a do co niektórych wciąż nie dociera co się właściwie dzieje. Pod miotającym piorunami spojrzeniem Flavii Lanporii pomału udało im się pochować swój dobytek do toreb. Profesor nie odezwała się jedna do czasu, aż wszystkie spojrzenia: wystraszone, zaciekawione czy zszokowane, nie będą skupione na niej.
- W związku z waszą skandaliczną reakcją pod koniec ubiegłego miesiąca na widok wiedźmy - powiedziała w końcu - doszłam do wniosku, że należy rozwiać kilka mitów dotyczących magicznych istot. Wiedźmy, wampiry, trytony, elfy wysokie... Czarodzieje w całej swojej ignorancji, uważając się za lepszych od innych nacji, nie zadawali sobie trudu, aby poznać ich prawdziwe ja. Toteż przez wieki wokół tych istot narosło wiele ponurych legend. Doprowadziło to do uznawania ich nawet za istoty czarnomagiczne i nikt dzisiaj nawet nie podejrzewa, że są niemalże tacy sami jak my. Także odczuwają, tworzą społeczności i rodziny. Niektórzy twierdzą, że istoty te są nieśmiertelne i dlatego mogą stanowić dla nas zagrożenie, gdyż za kilka wieków ich populacja przekroczy liczebnie naszą - omiotła ich ostrym spojrzeniem. - Nie jest to prawdą, gdy nadchodzi ich czas, wszystkie umierają, a ich bliscy cierpią tak samo jak my. Ta samo cieszą się także w dniu narodzin kolejnego potomka. Ponieważ jednak najlepiej uzyskiwać informacje z pierwszej ręki, pozwoliłam sobie zaprosić na dzisiejszą lekcję... eksperta. Keara, zapraszam.
Na szczycie schodów przy katedrze pojawiła się wiedźma bardzo podobna do tej, którą gościli na uczcie w Noc Duchów. Miała takie same ciemnobrązowe włosy i czarne oczy okolone złotymi obwódkami na niebieskawej cerze. Właściwie, gdy Syriusz się jej dokładniej przyjrzał, stwierdził, że jest to dokładnie ta sama kobieta, tylko że tym razem miała włosy upięte w kok, a nie rozczochrane jak poprzednim razem, i w efekcie wyglądała dużo bardziej… ludzko.
- Keara zgodziła się odpowiedzieć na wasze pytania dotyczące jej rasy - powiedziała profesor Lanpori, gdy wiedźma stanęła obok niej. - Postarajcie się jednak, żeby były one inteligentne.
Jej wzrok padł na Jamesa i Syriusza, a gdy wytrzymali jej spojrzenie, powędrował do Cassidy Levieaux, której dotąd nie wybaczyła spóźnienia na pierwsze zajęcia, choć od tego czasu zawsze już była na czas - nawet ubabrana ziemią po sam czubek wypudrowanego nosa.
Keara Bheare usiadła we wskazanym jej fotelu, tuż przy pierwszej ławce. Nikt jakoś nie kwapił się do zadawania pytań, ale wszyscy przyglądali się kobiecie, jedni ze strachem, inni z pewną dozą zainteresowania.
- Myślisz, że ma ochotę nas zjeść? - szepnął mu do ucha James z szelmowskim uśmiechem.
- Zapytaj ją jak jesteś taki odważny - odpowiedział Syriusz, szczerząc zęby. - Tylko tak, żeby nie wkurzyć Lanpori.
- Dobra. - James podniósł rękę i bez czekania na pozwolenie wypalił: - Tak dla pewności i większego poczucia bezpieczeństwa kolegi, chcielibyśmy się upewnić, że nie jest pani głodna. Ściślej mówiąc... Czy nie ma pani ochoty na człowieka. Co prawda mógłbym jednego zaproponować... - spojrzał na Smarkerusa, ale w tym momencie umilkł pod naciskiem wzroku Lanpori.
- Jak już wcześniej mówiłam, nie jadam ludzi - odparła spokojnie Keara Bheare, gdy wyszczerzył do niej zęby. Jej głos był dziwnie melodyjny. - Żadna wiedźma jeszcze się do tego nie posunęła. Jesteśmy po to, aby ludziom pomagać, a nie ich zjadać.
- A surowego mięsa też pani nie je? - wtrącił Syriusz, mocno zdziwiony jej wypowiedzią.
- Osobiście nie - odpowiedziała wiedźma. - Mój żołądek nie jest do tego przystosowany, aczkolwiek moja matka czasami raczy się surową wątróbką. Nie możemy jej tego oduczyć. Dorastała w ciężkich dla nas czasach, kiedy to nawet o dostęp do ognia było trudno, chyba że akurat w jakieś drzewo uderzył piorun.
- A skoro już jesteśmy przy drzewach... - przerwała jej Sonya Malfoy. - Proszę mi powiedzieć, bo nie do końca rozumiem, jak to jest z tym przesiadywaniem na dębach? W tej sukni raczej to byłoby trudne.
Wiedźma wybuchła perlistym śmiechem. Miała na sobie jasnoszarą, długą i wąską suknię, przewiązaną w pasie kawałkiem bogato wyszywanego materiału, który z pewnością podobałby się nawet Walburdze Black.
Syriusza bardziej zastanawiało, skąd Sonya wie w czym wygodnie chodzić po drzewach. Nie podejrzewałby panny z rodu Malfoyów o takie wybryki, a już na pewno nikt z ich rodziny nie byłby z tego zadowolony. (Choć po Sonyi, jak przekonał się w pociągu do Hogwartu, wszystkiego można było się spodziewać.)
- Nie lubuję się w przesiadywaniu na drzewach - odpowiedziała Keara Bheare, gdy wyśmiała się do woli. - Ewentualnie na czereśni przed swoim domem, jeśli ma już dojrzałe owoce, ale oczywiście nie w tym stroju.
- Skoro nie jada pani ani ludzi, ani surowego mięsa, ani nawet żołędzi, to co w takim razie? - zapytała Raquela.
- Przecież słyszałaś, że czereśnie. - Syriusz nie mógł się powstrzymać od dogryzienia jej. Ostatnio na szczęście nie często spotykali się poza klasą. - To tłumaczy tę krew spływającą czasami z ust wiedźmy. Przynajmniej tak słyszałem - spojrzał wyczekująco na Kearę Bheare.
- Sok z malin działa podobnie - przytaknęła żartobliwie. - A prawdę mówiąc, jadamy to samo co czarodzieje.
Po pierwszych pytaniach klasa nieco się ośmieliła. Teraz niemal wszyscy naradzali się ze swoimi towarzyszami o co jeszcze zapytać:
- A ja słyszałem, że wiedźmy jedzą też węże, szczury, żaby - odezwał się Snape.
- No jaki ty jesteś inteligentny - rzucił ironicznie James.
- I żab się nie czepiaj - dodała Cassidy Levieaux. (Prawdopodobnie część jej rodziny pochodziła z Francji.)
- Spokój! - uciszyła ich Lanpori, gdy Smarkerus chciał odpowiedzieć w równie przyjemnym tonie.
- Wszystkie te zwierzęta są całkiem smaczne, jeśli odpowiednio się je przyrządzi - odpowiedziała wiedźma. - Smakują nawet czarodziejom. To trochę tak jak u ludzi. Większość Brytyjczyków nie wyobraża sobie jak można jeść owoce morza, podczas gdy narody śródziemnomorskie wprost za nimi przepadają.
Przyjaciółka Cassidy ostro przytaknęła głową, cała szkoła wiedziała już, że dopiero co przeprowadziła się z Włoch. Kilku innych uczniów zachowało się podobnie. Za to Lanpori patrzyła na wiedźmę tak, jakby akurat co do tej informacji miała poważne wątpliwości.
- W każdym razie - zreflektowała się Keara Bheare - u wiedźm zwyczaj jedzenia wspominanych zwierząt wiąże się z okresem skrajnej biedy, w której żyły, a już wcześniej o nim wspominałam.
Syriusza jednak mało interesowała historia jej rasy, choćby nie wiem jak tragiczna. Po głowie chodziło mu już całkiem inne, kontrowersyjne pytanie:
- Niepokoi mnie jeszcze jeden fakt - zaczął, przynajmniej starając się je ubrać w mądre słowa. - Bardzo nie chciałbym obudzić się duszony przez zmorę, a spanie z sitkiem pod głową raczej nie jest wygodne. Co nam pani powie na ten temat?
O zmorach opowiadał mu kiedyś jakiś klient ojca ze słowiańskiego kraju.
Keara Bheare spąsowiała i wszystko wskazywało na to, że po raz pierwszy nie wie jak odpowiedzieć. Z pomocą pospieszyła profesor Lanpori:
- Może pan spać spokojnie, panie Black - powiedziała dość opryskliwie. - Do nocnych uciech wiedźmy mają partnerów ze swojego gatunku. Czarodzieje im do tego niepotrzebni.
- A przez każdą dziurkę sita, jak głoszą ludowe legendy, nawet nie byłybyśmy w stanie się przeciskać - uzupełniła Keara Bheare. - Wiedźmy nie mogą zmieniać swojej postaci.
- Ta, to ciekawe skąd te nocne koszmary - mruknął Evan Rosier, siedzący za Syriuszem.
- Sugerowałabym nieczyste sumienie, panie Rosier - rzuciła Lanpori. - Napisał pan już zadaną pracę?
Evan zamknął się i do końca lekcji już się nie odezwał. Siedział tylko z obrażoną miną - ćwierćinteligentny Ślizgon...
- Myślisz, że ona jest stara? - zapytał Syriusza James, bacznie obserwując wiedźmę.
Nie wyglądała na taką, musiała być młodsza od Lanpori, chyba że wiedźmy dłużej zachowują młodość. Brzydka też nie była...
- Zapytałbym ją. Ale teraz twoja kolej - odpowiedział z nieukrywaną satysfakcją.
- Ile ma pani lat? - wypalił bez ogródek James.
- Trzydzieści jeden.
Mało jak na wiedźmę...
- A dziecko ma pani z przedstawicielem własnego gatunku? - wypłynęło z ust Syriusza.
- A nie zadaje pan czasem zbyt osobistych pytań? - odpowiedziała mu szorstko Lanpori.
Mortycja też zmierzyła go litościwym spojrzeniem, po czym podniosła rękę:
- Czytałam dwóch niebezpiecznych wiedźmach - powiedziała. - W Anglii postrach sieje Annis Black, w Szkocji mówi się o Cailleach Bheare, zwanej również Wiedźmą Burzą. Co powie pani na ten temat?
Wiedźma odczekała, aż szepty które przetoczyły się przez klasę ucichną.
- Jeden z wiedźmińskich rodów rzeczywiście zamieszkuje w Anglii, wśród wzgórz Leicestershire - odparła, gdy uczniowie przestali wymieniać pogłoski i ponownie skupili uwagę na niej. - Rodzina ta jest bardzo specyficzna, swoje domostwo naprawdę mają w jaskini, a wejście ozdobione jest rzeźbionymi w skale czaszkami, skrzyżowanymi piszczelami i ostrymi kolcami. Miało to odstraszać nieproszonych gości. Być może stąd się wzięły plotki o stosie kości u wejścia do jaskini - dodała po chwili namysłu. - Jeśli jednak ktoś ma na tyle odwagi, by zajrzeć do środka, odkrywa, że jest to zupełnie zwykłe, choć bardzo bogate domostwo.
Omiotła klasę wzrokiem i kontynuowała:
- Annis, o której krążą legendy, rzecz jasna, dawno już nie żyje, choć przed jaskinią wciąż rośnie dąb, który zasadziła po śmierci swojej małej córeczki. Rzeczywiście, siadywała u stóp tego drzewa i obserwowała mieszkające w pobliżu dzieci, rozpamiętując swoją stratę. Żadnemu z nich nie zrobiła jednak krzywdy. Kilka lat później popadła w obłęd i zmarła.
- Cóż za wzruszająca historia - szepnął Syriusz do przyjaciela w ciszy, która zapadła.
Raquela jako pierwsza odzyskała głos:
- No dobrze. A ta Cailleach Bheare? Ma na nazwisko tak, jak pani.
- Wiedźma Burza była pradawną celtycką boginią. Za "bogów" starożytne ludy uznawały magiczne istoty mające dostęp do Eliksiru Życia - wyjaśniła, widząc niezrozumienie na twarzach tych uczniów, którzy nigdy nawet nie próbowali uważać na historii magii.
Syriusz słuchał przez pięć minut na pierwszych zajęciach i to wystarczyło. Swoją drogą, ciekawe co by powiedział profesor Binns, gdyby to przez niego przelecieli. Skoro nawet nie zauważył, ze umarł to pewnie na to również nie zwróciłby uwagi. Chociaż uczeń przeskakujący przez jego katedrę, mógłby mieć zbawienny wpływ na zainteresowanie podczas jego... odczytów.
- Wątpliwe jest jednak, aby była tak potężna by tworzyć wiry wodne - kontynuowała tym czasem wiedźma. - Prawdopodobnie sama rozpuszczała o sobie takie plotki, ale nie było w tym za knut prawdy. A już zupełnym absurdem są sugestie, dotyczące używania przez nią różdżki. Wiedźmy praktykują magię związaną z posiadaną przez nie wiedzą na temat zielarstwa i eliksirotwórstwa, natomiast z różdżki nie mogą zrobić użytku. Co zaś się tyczy mojego z nią pokrewieństwa... Jest to możliwe, ale udowodnić tego nie sposób. Wiedźma Burza żyła blisko dwa tysiące lat temu. Za to moja córka dostała imię na jej cześć. Jeszcze jakieś pytania? - uśmiechnęła się zachęcająco.
- Pokaże pani swoje szpony? - wypalił James.
- Coś mi się wydaje, że skończyły się wam inteligentne pytania - stwierdziła profesor Lanpori. - Wyciągnijcie lepiej te pergaminy i zanotujcie to, co zapamiętaliście z dzisiejszej lekcji.
Sama pogrążyła się w rozmowie z wiedźmą, ale i tak bacznie obserwowała czy któryś z uczniów nie próbuje się obijać.
Zaledwie opuścili klasę obrony przed czarną magią, rzucił się im w oczy duch kobiety w renesansowej sukni...
Okazało się, że duchów Hogwarcie było całkiem sporo. James zdobył się nawet na to, żeby przebiec przez Krwawego Barona - postać młodzieńca w kubraku poplamionym srebrną krwią, o pustym spojrzeniu, rezydującego w Slytherinie. Duch był w takim szoku, że ktoś ośmielił się go tak zbezcześcić, że nawet nie zareagował. A że stało się to na oczach Irytka, chyba zyskali jego uznanie. Krwawy Baron był jedyną istotą, która mogła nad nim zapanować.
Przez Prawie Bezgłowego Nicka przenikali jeszcze kilkakrotnie, głównie dlatego, że najłatwiej było go spotkać w Gryffindorze. Znosił to cierpliwie, ale nie omieszkał poinformować ich, że duchy zaczynają podejrzewać, że robią to specjalnie i pomału mają tego serdecznie dość.
Rzecz jasna, nic sobie z tego ostrzeżenia nie zrobili i nazajutrz siłą przeciągnęli Remusa przez postać kobiety w obszarpanych szatach, nieustannie obcierającej ręce. Z niewiadomych przyczyn, duchy zaczęły ich unikać. Nie raz zdarzało się, że któryś widząc ich na drugim końcu korytarza, natychmiast znikał w pobliskiej ścianie.
Z wielką radością powitali więc Szarą Damę, która pogrążona we własnych myślach sunęła przez korytarz opodal biblioteki. Nie można było powiedzieć, żeby ona również cieszyła się z tego spotkania. Wyraźnie swoim zachowaniem bardzo urazili jej dumę, bo zaczęła wydzierać się na nich tak głośno, że zbiegło się nawet kilkunastu uczniów, którzy byli w pobliżu. Była to nowa reakcja ducha na ich zachowanie, więc zamiast od razu czmychnąć, jak to mieli w zwyczaju, z ciekawości stali, przyglądając się jej z uwagą.
- Skończyłaś? - zapytał James, gdy zabrakło jej słów. - No to miłego dnia. Do widzenia.
Pociągnął Syriusza za szatę, razem przebiegli przez nią w drugą stronę i popędzili do Wielkiej Sali, skąd nawet na czwarte piętro niósł się zapach świeżo upieczonych kiełbasek. Gdy na chwilę obejrzeli się by zobaczyć czy Remus i Peter idą za nimi, zobaczyli tylko rozszerzające się w oburzeniu źrenice rezydentki Ravenclawu.
tagi: